Po 12-godzinnym przelocie z Singapuru do Istambułu, 2-godzinnym znad Bosforu nad Wisłe i kolejnych kilku godzinach w IC, jesteśmy w Krakowie. Nie za bardzo wiadomo, co z sobą zrobić, gdzie wcisnąć się. Już brakuje nam: przestrzenii Falcona, australijskiego nieba, bezkresnych pustyń Outback'u, przydomowych basenów, no worries mate, misia koali, ciągłego pośpiechu, 4-litrowych silników, żółto-czarnawych znaków, fast-foodów, azjatyckiej kuchni i wszędobylskiego kiczu, nowozelandzkich owiec i luzu, kangurzycy z maleństwem, no i oczywiście codziennych relacji. Nie widzę innego wyjścia niż rozglądac się za nową wyprawą, do tego czasu przyjdzie się jeszcze rozliczyć z tą. Kilkadziesięciu tysięcy kilometrów pokonanych samolotami, koleją, samochodami, promami, rowerami, kajakami, na butach i na bosaka nie da się łatwo wymazać. Dziękujemy wszystkim czytelnikom za wyrozumiałość i cierpliwość w czytaniu raz lepszych, raz gorszych relacji. Nie zawsze pióro lekkim jest. Za parę dni ukaże się na pewno jakieś podsumowanie. No worries mate!
7.X.2006 W drodze
Australia już nieodżałowanie za naszymi plecami. W Darwin, do którego dotarliśmy po ponad 4-godzinnym locie ze wschodniego wybrzeża, upchanym na bezczelnego fotelami Jetstarem (miejsca na nogi mniej niż we Fiacie 126p), zamknęliśmy australijską pętlę. Zdrowia, szczęścia i pomyślności temu, kto zamierza odwiedzać Australię podczas naszej zimy, a ich lata. W porównaniu z dwoma miesiącami do tyłu, tym razem w Darwin pogoda prawdziwie piekielna. Dobrze ponad 30 stopni, do oceanu nie da się wejść (śmiertelnie groźne meduzy uniemożliwiają pływanie miedzy październikiem, a kwietniem i słonowodne krokodyle, które w ogonie mają kalendarz), dobrze, że chociaż każdy z mieszkańców dysponuje swoim basenem. Dysponował i znajomy Hindus, u którego zatrzymaliśmy się na jeden dzień, odpoczywając po jakże nużącej podróży i trudnej do pokonania dla organizmu półgodzinnej zmianie czasu ;). Ostatnie spotkania z Aborygenami, którzy ani nie wyładnieli, ani nie zaczęli się lepiej ubierać (na wschodzie praktycznie w ogóle się ich nie spotyka) i polecieliśmy dalej. Na szczęście Jacek wyleciał, mimo że jego paszport był dokładnie poprześwietlany. Tylko czy będzie jeszcze mógł tutaj wrócić? O 3.15 w nocy kolejny lot i od 7 czasu lokalnego (4,5 h lotu, 1,5 h manewrowania zegarkiem) wyrypani stawiliśmy się w Singapurze. Tu jeszcze gorzej niż w piekle. Mało kto wie, ze każdemu podróżującemu w tranzycie przysługuje w Singapurze darmowy tour po mieście, więc właśnie teraz ledwie stojąc na nogach, toczymy się po tym molochu. Jest cholernie upalnie, do tego olbrzymia wilgotność, co + nieprzespana noc daje piorunującą mieszankę. Do mitów można zaliczyć opowiadania o taniej singapurskiej elektronice - Marcin polujący na jakiegoś IPoda utargował może ze 90% europejskiej ceny. A co z gwarancją, co z jakością towaru? Jakość jest niewiadoma, gwarancja co najwyżej na rok - jak robić tu interesy, to tylko w hurcie i tylko bezpośrednio w fabrykach - twierdzi Marcin, który kiedyś handlował z Wietnamem kurczakami, przyczyniając się do rozprzestrzenienia się ptasiej grypy, ale mając przez to na nową Corsę. No nic, trzeba się zbierać i nie marudzić, jeszcze prawie 2/3 drogi do Polski przed nami.
Po sprzedaży samochodu poczuliśmy dotkliwie, ze, jaki Grat był, każdy widział, ale użyteczności mu nikt nie mógł odmówić. Jak to mówią: lepszy wróbel w garści niż kozie śmierć. Trzeba było gdzieś wydąć otrzymane w gotowce po 775 $, to przecież niebezpieczne nosić je tak w portfelu. Wybór padł na Australia Zoo Ś.P Steva Irwina. W jedną stronę nie poszło najgorzej, 1,5 pociągiem całkowicie za darmo - konduktor nie kazał nam kupować biletu, opowiadając przy tym jedna z miliona zasłyszanych już w Australii opowieści z cyklu "czyjej miłości owocem jestem". Najbardziej popularny model to "ojciec - Australijczyk walczący podczas II wojny światowej, matka - brytyjska pielęgniarka, opiekująca się rannym dzielnym żołnierzem". Wysupławszy w Zoo, ok. 80 km od Brisbane na północ, po 32$ promocyjnego wstępu, przyszło nam spotkać się z: koalami (można głaskać, przytulać, whatever...), dingusiami. kuguarami, strusiami emu, najbardziej jadowitymi wężami Australii (rekordzista swoim jadem może uśmiercić 180 dorosłych stworzeń), wombatami i oczywiście kangurami. Te ostatnie skaczą sobie swobodnie po zoo, można podejść, pogadać, a nawet zrobić fotkę z małym w kangurzej torbie (na prawdę, so sweeeeeet...). Tzn. żeby nie było nieporozumień, nie można wejść do kangurzej torby! Atrakcją są jednak pokazy karmienia najgroźniejszych krokodyli Australii - bohater dnia, Arco, miał ponad 5 m długości!!! Nieprawdopodobne rzeczy wyczyniał. Pomimo, że uznawane są za największych w Australii morderców i drani, krokodyle i rekiny naprawdę rzadko atakują człowieka. Od 1971 r., od kiedy prowadzi się statystyki, ofiara krokodyli padło 31 osób. I wszystkie te osoby a) wiedziały, że rzekę, przy której się znajdowali, zamieszkiwały krokodyle i b) stały na jej brzegu specjalnie ich wypatrując!!! Czy możecie w to uwierzyć??? Sami mogliśmy doświadczyć, jak szybko działa krokodyl, obserwując rzeczone show. Zaraz na jego początku, zniknął on pod powierzchnia zamieszkiwanego jeziorka (nie było szans dojrzeć go z brzegu) i nagle wyskoczył w górę po trzymane przez tresera surowe mięso! To był moment! 1 sekunda, 5-metrowe bydle odgryzłoby drogi niemiecki turysto (ulubiony przysmak krokodyla) nie tylko twojego nochala. Na lądzie krokodyl traci zupełnie swoje walory, jest wolny i ociężały i nie ma szans, żeby dogonić szybko idącego człowieka. Tak wiec - reasumując - krokodyle w Australii zabijają zdecydowanie mniej ludzi, niż umiera np. ze świątecznego przejedzenia. Co do rekinów - w ostatnich kilkunastu latach były tylko 2 ich ofiary. Są jeszcze dingo - jedna śmiertelne pogryzienie, ostatnie kilka lat temu na Fraser Island. No i węże - ale każde dziecko w Australii wie, co należy po ugryzieniu zrobić. W Zoo przyszło nam spędzić prawie 4 godziny, szkoda, ze Steva już tam nie było, bo ponoć rzeczywiście wsadzał głowę w paszcze krokusia. Jak już było wspomniane, ZOO to ogromny biznes, na każdym kroku kamery Animal Planet kręcące coś do swojej ramówki. Powrót z wycieczki zdecydowanie gorszy - prawie 5h podroży, oprócz Sydney i Melbourne komunikacja publiczna w Australii to jedno wielkie dziadostwo - droga, rzadka, spóźniona. W tym kraju własna fura, podobnie jak w Ameryce, to absolutny MUST HAVE, a samolotem lata się częściej niż w Krakowie jeździ tramwajem. Co jeszcze pewnie będzie przedmiotem naszej uwagi - gdyby komuś nie zależało na czasie i na pieniądzach przeznaczonych na bilet do Polski - zdecydowanie Australie jako miejsce migracji polecam (zapomnijcie o Irlandii, Londynie, Szwecji). Zaobserwowaliśmy jednak, ze mimo ze Polacy tu spotkani żyją na w miarę wysokim poziomie, dramatycznie szybko trąca kontakty z ojczyzna - powroty raz na 10-15 lat, a co trochę smutne, mimo ze są z reguły pierwszym pokoleniem w Australii, to ich dzieci przeważnie nie mówią dobrze po polsku (a często w ogóle). No, ale nie nam oceniać, widocznie tak musi być. Przykładem tego jak długa i męcząca podróż do Polski być jednak może jesteśmy my - dziś, w czwartek, o 21 (13 czasu polskiego) wylatujemy z Brisbane do Darwin. Tam 25 h przerwy i w noc z piątku na sobotę kolejny lot, tym razem do Singapuru. W Singapurze tym razem ok 17 h postoju :) i w kolejna noc podróż przez Stambuł do Europy. Na dworcu w Krakowie stawimy się więc dopiero w niedziele wczesnym wieczorem, mając za sobą prawie 78 godzin!!! podróży. No ale nikt nie kazał nam korzystać z najtańszej opcji podróży na Antypody... Nikt nam w ogóle nie kazał nigdzie wyjeżdżać, do Pcimia mięliśmy niecałe 40 minut przyjemnej całkiem przyjemnej i widowiskowej drogi, więc żalić się nie zamierzamy;)
4.X.2006 Bilans Falcona
Przejechanych z nami 10 365 km, w sumie 246 100 km (albo i więcej, bo tu tez przekręcają liczniki).
38 razy odwiedził wodopój, gdzie zaczerpnął 1183 L paliwa UNLEADED 91 (raz wziął jakieś ekologiczne dziadostwo, co mogło przyczynić się do jego choroby) za łączna sumę 1624 $ AUD, dzielona rożnie (na 2,3 lub 4 osoby).
Jako ze raz trzeba było z niego spuścić paliwo, ciężko oszacować pełne spalanie, ale widać, ze wynosiło ono ok. 11,2 L/100 km - na trasie około 10,1 L/100, w mieście ok. 13 L/100 km. Najwięcej za benzynę przyszło nam zapłacić w miejscowości Kings Canyon niedaleko Uluru (1,80 $/litr - ok. 4,30 zł), a najmniej z końcem września w Surfers Paradise (1,09$/l - ok. 2,60 zł).
Wybuchła nam tylko 1 opona, uszkodziliśmy jedna pompę paliwowa, urwaliśmy jeden pasek do chłodnicy i uszkodziliśmy raz układ hamulców, raz również ściągano nas z autostrady i raz poprawiano spartaczona robotę innego mechanika. Zakupiliśmy również kila litrów wody destylowanej, robiliśmy to do czasu, kiedy kazano nam się nie chrzanić i do układu chłodniczego dolewać zwykłej wody kranowej.
Wszystkie te naprawy (aha, zapomniałem o 3 kupionych na początku oponach i remoncie silnika + opłacie za przegląd przy kupnie fury) kosztowały nas ok. 1400$ co suma sumarum (po doliczeniu 50$ zysku pozornego - kupiliśmy furę za 1500$, sprzedaliśmy za 1550$ :)), z uwzględnieniem kosztów benzyny na osobę (500$), dało ostateczny koszt podroży Jacka przez Australie samochodem marki Falcon w kwocie 2880 zł POLSKICH i ostateczny koszt podróży Marcina przez Australie samochodem marki Ford Falcon w kwocie 2880 zł POLSKICH.
Jednakowoż nie wiem, czy zdanie powyższe jest poprawne.
Jednak doznane przeżycia - bezcenne, nabyte doświadczenia w naprawie Fordów Falconow - bezcenne, zaoszczędzone koszty noclegów - kilkaset złotych, poznane Niemki - porażka. Gdyby podobna odległość przebyć autobusami firmy Greyhound, oferującymi karnety na podróż po Australii (www.greyhound.com.au) koszt wyszedłby porównywalny, z tym, że masę pieniędzy i czasu stracilibyśmy na przeróżne dojazdy do domów, znajomych, basenów, plaż i innych tego typu atrakcji.
Wszem i wobec, kończąc temat Falcona i mimo tego, że mogliśmy pewnie dostać za niego do 300$ więcej, trzeba odtrąbić jedno - TO BYL REWELACYJNY OKRES!
4.X.2006 Jak sprzedawaliśmy Brata- Grata
Jak przekazaliśmy moderatorowi Łukaszowi w krótkiej służbowej notatce, Falcon nie podróżuje już z nami. Z jednej strony pokochaliśmy go jak brata, a z drugiej dobrze, że już go nie ma, bo mimo wielu radości dawał nam ostatnio tylko zgryzotę i po kieszeni. Walka o niego rozgorzała pomiędzy dwiema parami Niemców. Dwóch kolesi spod Koeln chciało go wziąć już w niedziele wieczorem, kiedy wracaliśmy z Rafy, ale wizytę w warsztacie zaklepali dopiero na wtorek. A bez komentarza mechanika nie chcieli go brać. Nie dziwimy się - podczas prezentacji samochodu robiliśmy wszystko, aby nie włączać silnika, podkreślając cały czas walory przestrzenne i liczne wyposażenie kempingowe, jakby to było najważniejsze. Zawsze jednak następowała sakramentalne - "możecie go odpalić?". I wtedy cena gwałtownie spadała, na twarzach naszych i kupców gościła rozpacz - to najbardziej ohydny dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszeliśmy. Uwierzcie. Druga para Niemców działała o wiele szybciej - za 2 h samochód stal na warsztacie. Bilans - jedna żarówka do wymiany, ale kto by się przejmował. No i standardowe - da się jechać, ale można przejechać tak 200, jak i 20 000 km. Z wywoławczej 1999$ cena wiec spadla do 1550$. Wzięliśmy z samochodu po parę gadżetów - ja płetwy i lodówkę, Marcin atlas i jakieś badziewia. Miałem chrapkę na namiot, no ale szkoda, żeby bidni Niemcy nocowali pod chmurka, choć niebo w Australii jest zdecydowanie rewelacyjne. Za około miesiąc przyjdzie do Niemców list z Departamentu Komunikacji z pewnymi nieścisłościami do wyjaśnienia, ale niech się tym martwią, nam nie udało się tego załatwić. Mam nadzieje, ze Sebastian spod Berlina, który kupił tą furę nie będzie mnie ścigał po Polsce, choć wykazał się niemiecka podejrzliwością spisując numer mojego paszportu (złe doświadczenia z samochodem i Polakami?). Od razu po wykonaniu transakcji zapragnęliśmy posiąść jeszcze kiedyś w Australii cztery kolejne kolka - tym razem 4 wd - i przejechać z Perth do Cairns bezdrożami Outbacku. Myślę, ze uda się to zrobić dopiero za ok. 20 lat (40?), no ale już teraz przyjmujemy zapisy - w skali emocji i zadowolenia daje takiej wyprawie 9.8/10 (zawsze trzeba zostawić sobie szanse na przeżycie czegoś jeszcze lepszego, np. skoku na bungee bez bungee).
2.X.2006 Wielka Rafa Koralowa
Wszystko, co dobre szybko się kończy, więc i nasza wyprawa (wczasy, melanż, wycieczka - niepotrzebne skreślić) powoli się kończy. Dziś wpadła nam w łapy kartka z 5 obrazkami symbolizującymi Australie i można powiedzieć, że z czystym sumieniem da się wyjechać. Wielka Rafa Koralowa, kangur i koala, Great Ocean Road, Uluru i opera w Sydney obfotografowanie i zaliczone. Niestety plan nie do końca dopięty, gdy spojrzycie na mapę na pierwszej stronie to zwróćcie uwagę na punkcik miedzy Mackay i Gladstone na wschodnim wybrzeżu - gdzieś tam, w okolicach Zwrotnika widziano nas po raz ostatni w sensie dziewiczym (cokolwiek to miałoby znaczyć) - obecnie po raz kolejny jesteśmy w Brisbane. Z Town of 1770 (tu po raz pierwszy James Cook wylądował w Australii) wypłynęliśmy na Wielka Rafe. Jako ze rafa jest stad oddalona o dobre 100 km od lądu (w okolicach Cairns np. o 50-60 km) to i cena za wyjazd musiała być odpowiednia - 130$ za jednodniowa wycieczkę (z Cairns około 50-60$). Po nocy spędzonej w Falconie (której to już) po raz kolejny posilić się trzeba było rybkami (przez pól roku po powrocie do Polski proszę nie wymawiać nawet następujących nazw: tostowy chleb, jajecznice, puszkowane rybki, pomidory, mrożona pizza, lasagne, chińska zupka, Big Mac i Coca-Cole). I te rybki to był błąd! Podczas podroży na Lady Musgrave (koralowa wyspa, na którą zmierzaliśmy) Wielki Ocean upomniał się u Jacka o zwrot swoich dawnych mieszkańców. Marcin, który dzielnie pływał kiedyś na Statku po Wiśle nie dal sobie ich wydrzeć, ale Jacek przez połowę pobytu chodził jak struty. A było co oglądać na Rafie! Black Reef Sharks (małe rekiny), kolorowe rybki (nie będę wymieniał ich nazwisk), morskie węże, tysiące koralowców, a przede wszystkim 2-metrowe żółwie, które prawie ocierały się o nasze brzuchy, to było to, o co chodziło! Rejs łodzią z przeszklonym dnem zajeżdżał trochę jarmarkiem, ale tysiące stworzeń, które zamieszkiwały rafę (ponoć już zadeptana, polecają rafę w zachodniej Australii) pozostawiło niezatarte wrażenie - pomyśleliśmy wtedy razem: "szkoda, ze Was tu nie ma":). Na niektórych z wysp można nocować - z reguły nie ma tu nic, wszystko trzeba przywieźć ze sobą - od wody poczynając. Cena za nocleg nie jest zbyt wysoka - 4$ za miejsce pod namiot, ale jest problem, jeśli nie dysponuje się swoja łódka - trzeba opłacić podwójnie jednodniowa wycieczkę (na wyjazd i powrót), co kosztuje już prawdziwy majątek. Zrobimy Wam tu mała Wikipedie, wiec parę faktów o Wielkiej Rafie Kolorowej: a) długość prawie 2000 km; b) grubość warstwy koralowca - 500 m; c) temp. wody - min. 17,5, max 28 st. C; d) mieszkańcy: 400 gatunków koralowców, 1500 gatunków ryb, 4 tys. gatunków mięczaków (+ 4001-wszy - Marcin), krowy morskie (whatever...), ryby skorpiony, niegroźne rekiny i najgorsze, śmiertelne potwory - meduzy, morskie osy, które występują w tych wodach od października-listopada, no i będące ostatnio na topie płaszczki, które przyczyniły się do śmierci Steva Irwina. Dziś odwiedziliśmy ZOO tego świętej pamięci faceta (a w zasadzie odwiedziliśmy bramę ZOO, było zbyt późno) - oprócz pamiątkowej ściany, przypominającej trochę budynek kurii po śmierci Papieża - wszystko leci tu zupełnie normalnie. Olbrzymi przemyśl jaki tworzy to Zoo, pokazuje, ze to biznes jak biznes i nie ma tu miejsca na sentymenty. Sentymenty dają się znać Marcinowi - ciągle przebąkuje mi tu o jednej dziewczynie, nie mogę powiedzieć, której, ale, do której wysłał nawet kartkę pocztowa - także dziewczyny - on nie chce się przyznać, ale pewnie jego serce bije, dla której z Was:) Falcon cały czas wystawiony na sprzedaż, dzwonią ludzie, pytają, sondują, jeden bezczelny typ chciał dać za niego 700$ w gotowce - co za tupet!
29.IX.2006 Z cyklu dzikie zwierzaki: płaszczki, dingo i rekiny
Jedziemy dalej z tym koksem. Po około 300 km jazdy w kompletnej ciszy (boimy się odezwać, wsłuchując się w dźwięk silnika) zbliżamy się powoli do Rafy. Falcon jest załatany, ale wyrok już zapadł, trzeba się starać go tylko odwlekać. W Maryborough, miejscowości nad Harvey Bay, zostawiliśmy u znajomego Australijczyka (który jako domowe zwierzątko hoduje pytona) samochód i wyruszyliśmy na Fraser Island - niesamowitą wyspę około godziny rejsu od lądu, na której możliwy jest tylko ruch 4wd (no i pieszy, ale jedynymi pieszymi byliśmy my i para Niemców). Ciężko w to uwierzyć, ale na Fraser Island mają więcej piasku niż na Saharze (nie wciskam Wam kitu) i można było to odczuć już po kilkunastu minutach marszu. Zaczęły się wzajemne niesnaski, Jacek oskarżył Marcina, że targa ze sobą na plecach pół domu, a Marcin Jacka, że jest nieodpowiedzialny nie biorąc prawie niczego (obie wersje były prawdziwe). Wywiązała się kolejna jałowa dyskusja (która to już), trzeba będzie zrobić ankietę. Na topie są: a)czy bungee jest sportem bezpiecznym (Jacek - tak, Marcin - nie) i b)czy człowiek może wytrzymać 1 dzień bez pitnej wody (Jacek - tak, Marcin - nie). Nawet nie wiecie, jak mogą te tematy być frapujące. Tak, jak mówiliśmy - Fraser Island to całkiem spora piaszczysta wyspa, porośnięta do tego tropikalnym lasem, w którym wyróżnia się pewien gatunek drzewa - jedynego na świecie, które jest kompletnie odporne na wodę i wilgoć, wyłożono nim np. Kanał Sueski. Oprócz fascynujących tras dla terenowych samochodów wyróżnia się jeszcze na niej: największą w Australii kolonie psów dingo (stawiły się w nocy pod naszym namiotem, bywają dość niebezpieczne), najdłuższe w Australii rekiny (do 7 m, żarłacze błękitne!!!, chyba też niebezpieczne, he? ) - stąd całkowity zakaz kąpieli w przybrzeżnych wodach, no i największe wydmy w Australii. Aha, do tego płaszczki (tak, te same, które zabiły Crocodille Huntera) i wieloryby, ale nie udało nam się tych ostatnich zobaczyć. Ogólnie wildlife, że aż sie patrzy, na szczęście udało nam się połowę drogi pokonać na tyle pickup-a, a drugą połowę (10km) piechotą. Na szcęście też wyspa jest bajkowo-baśniowa, noc spędziliśmy w namiocie nad brzegiem śródlądowego jeziora, będąc jedynymi ludźmi w promieniu 10 km. Przypomniały nam się czasy Dzikiego Zachodu (sorry Winnetou), kiedy to zachód i wschód słońca wyznaczały nam dzień. To chyba była najwcześniejsza pora od czasu przedszkola, kiedy poszliśmy spać, już po 20 zdziwione psy dingo przychodziły ze skargą na chrapiącego Marcina (a może to był Jacek?). Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że widok, który zastaliśmy rano był nienajgorszy - małe, piaszczyste jeziorko McKenzie, jakieś 3 m od namiotu - niestety rozbitego tam nielegalnie, ale nie było wyjścia, zrobiło się ciemno, kiedy tam dotarliśmy. Poranna kąpiel - 6,30 - that's it! Potem poszło już gładko: 12 km przez las, hitchike na plaży (80km/h wzdłuż oceanu, polecamy!) i hitchike przez "dżunglę" na pace u Aborygena - za 23 AUD zrobiliśmy trip, za który Niemcy płacili po 150! :) Może nie ma tu wielkiej kultury, ale jeśli chodzi o przyrodę i wspomniany już "wildlife" chyba nikt i nic nie przebije Australii i Nowej Zelandii!
27.IX.2006 Brisbane - wrota do tropikalnej północy
Udało nam się dojechać do Brisbane! Wprawdzie to tylko 80 km od Surfers Paradise, ale świętujemy ten sukces, jakby to było 8000... Do czasu kiedy wliczano w rozmiary miast również przedmieścia, Brisbane było najbardziej rozległym miastem na świecie. Dziś dalej jest wielkie, my mieszkamy około 15-20 km od centrum, ale za to w typowym, australijskim domku, jakie znamy z przedpołudniowych, sobotnich seriali. Jest busz obok domu, jest basen, są eukaliptusowe drzewa, na których rzadko bo rzadko, ale można spotkać koale (tu trzeba sobie szczerze jedną rzecz powiedzieć, koale w Australii nie stoją na każdym rogu i nie pytają czy mogą Ci wskoczyć na ręce albo, czy nie możesz fajkami poczęstować, trzeba się sporo naszukać, żeby je dorwać na dziko). Niestety albo i stety to jeszcze nie obszar Australii, gdzie w basenie rozgladasz się nerwowo czy po powierzchni nie pływa krokodyl - przydałoby się w końcu ujrzeć to miłe stworzenie na żywo, to Australia, nie Austria !!! Mamy około 5 dni opóźnienia - wykończeni psychicznie przez Forda postanowiliśmy się go pozbyć - ogłoszenia porozwieszane, zobaczymy jak pójdzie - generalnie jest bajzel i w silniku i w papierach, więc i cena nie będzie najwyższa. Wszystko nam już wszelako jedno, byle do Rafy, a później stopem czy busem przez Outback z powrotem do Darwin. Parę słów jeszcze o Brisbane, dopiero niedawno zostało przyjęte do australijskiej czołówki, przez lata Sydney i Melbourne nadawało mu miano ubogiego kuzyna z tropikalnej północy, teraz szczyci się najlepszym "social life" w całej Australii - pełno tu knajpek, muzeów, galerii, wieżowców i całego tego dodatku, który ponoć ma odróżniać miasto od wioski. Nie korzystamy, przyjechaliśmy tu kontemplować przyrodę :). Ale przyznać trzeba, że Brisbane to ładne miasto, brakuje mu jednak czegoś, co ma Sydney (opera) czy Melbourne (chociażby Australian Open), które przyciągałoby gawiedź. Może i dobrze, że mu brakuje, bo 1,6 mln ludzi żyje sobie tu jak pod miotłą (a może jak u Pana Boga za piecem), najzimniej jest tu wtedy, gdy temperatura spada do 15-18 stopni Celsjusza. Życie całkiem przyjemne wśród wijącej się rzeki, dalej nie mogąc się przekonać do wielopiętrowych budowli (wille Australijczyków stoją kilkaset metrów od finansowego centrum, to tak, jakby na Grodzkiej albo Stradomiu w Krakowie wybudowano parterowe chatynki).
24.IX.2006 Czy uda się jeszcze zaliczyć Outback?
Wciąż wegetacja w Surfers Paradise. Daj Boże wszystkim taką wegetację, nie wychodzimy z morza próbując nauczyć się "surfingowania" (na razie nikomu nie udało się ustać nawet sekundy, pewnie fala za niska, deska źle wyważona, itp...), ale krew się gotuje, gdy czekają na nas takie widoki - www.outback.pl - które prawdopodobnie nas tym razem ominą. Co za paradoks, jesteśmy tak blisko, a jednocześnie tak bardzo daleko. Niech się dzieje co chce, ale jeśli się wszystko tak dobrze dotychczas układało, to czemu nie może się dalej układać? Płyn hamulcowy cieknie, kolejna przypadłość Falcona odkryta. Dla informacji - temperatura powietrza: 25 stopni; temperatura oceanu: 20 stopni; rekinów: brak; płaszczek: brak; śmiertelnych meduz: brak. Duch Steve'iego Irwina dalej obecny w powietrzu, australijska telewizja i radio wciąż nadają audycje, wspomnienia, reportaże, jesteśmy całkiem niedaleko od jego zoo, niestety nie wystarczy pieniążków, aby to miejsce odwiedzić (35$-40$ za wstęp).
23.IX.2006 Wysiadła pompa paliwowa, nie wiadomo czy jedziemy dalej - czyli wizyta w raju cierniem usłana
Szit happens, ale żeby dwa razy pod rząd... Czwartek, godzina 15, Pacific Highway, gdzieś na odcinku między Sydney, a Brisbane. Falcon, wydawałoby się dostojnie i spokojnie połyka kolejne kilometry. Za kierownicą Jacek, co już zapowiadało afery, a co najmniej przygody. Marcin rozłożony na siedzeniu pasażera, drzemiąc nie spodziewał się takiego obrotu akcji - a akcja się zaraz zaczęła - wskaźnik temperatury silnika skoczył na samo maksimum, po kolei zaczęły rozbłyskiwać kolejne czerwone kontrolki. "O fuck" - ktoś w samochodzie krzyknął. Pobocze, otwarta maska i pół godziny próby chłodzenia silnika. Podjęta naiwnie próba ruszenia dalej po 500 m zakończyła się zagotowaniem w chłodnicy. 15.45 - pierwszy zatrzymany samochód i jakże znajomy widok - panowie na bosaka. Krótka wymiana zdań na temat Falcona i jest pierwsza diagnoza - poszedł się pieścić pasek chłodnicy. Spychamy wspólnie samochód i ładujemy się na tył nowiutkiego Subaru - po pół godzinie wracamy z mechanikiem z pobliskiej wioski, który w kilka minut usuwa usterkę - nie jest najgorzej, za usługę kasuje 40$ , co jak na Australię mieści się w granicach przyzwoitości, ale co i tak daje się odczuć w naszych kieszeniach. Po uroczym Cape Byron, najbardziej wysuniętym na wschód punkcie Australii wydawało się, że nic nie może naruszyć harmonii i piękna tego miejsca. Posiliwszy się standardowym chlebem tostowym (ohyda) z równie paskudnym żółtym serkiem plasterkowym, ruszyliśmy dalej. Kto mógł przypuszczać, że po zachodzie słońca wśród biegających wokół latarni morskiej australijskich piękności, coś się jeszcze złego może wydarzyć... Pech chciał, że Marcin znów oddał kierownicę Jackowi - to nie powinno się zdarzyć (pamiętajmy komu wybuchła opona w outbacku). Kilkadziesiąt kilometrów przed granicą Nowej Południowej Walii i Queensland'u, dobrze po zmroku, na nie całkiem bezpiecznym zakręcie (brak pobocza) Falcon zamilkł... Nie było wesoło, obok pędzące pociągi drogowe, na szczęście kilkaset metrów dalej była mała zatoka, do której udało się grata dopchać. Zatoka dała nam schronienie i chwilę spokoju, ale nie naprawiła nam fury - nie szło odpalić. Chwilę zajęło nam zatrzymanie dobrego człowieka - okazał się nim mieszkaniec Bliskiego Wschodu, który do swego Volvo pełnego pluszaków wziął Marcina i zawiózł do najbliższej wsi. Jacek, Ten Co Ciemności Się Nie Boi, został przy chorym Falconie. Po godzinie wraca Marcin, któremu udało się wytargować pomoc drogową za 70$ - kilkanaście minut potem staliśmy już pod warsztatem. Szczęście w nieszczęściu, ze nic się nie wydarzyło wcześniej w outbacku, gdzie poszczególne warsztaty dzieli po kilkaset kilometrów dystansu. Fajnie się jeździ na lawecie, ale nic poza tym. Drugą pod rząd noc przyszło nam spędzić w Falconie - dobrze, że grat duży i pojemny i dobrze, że wieźliśmy otrzymaną w prezencie butelkę Martini (prezent dla Marcina od pewnej niewiasty) - co z nią zrobiliśmy (z butelką, nie z niewiastą) niech każdy się już domyśli... Rano usłyszeliśmy wyrok - "you'd better get rid of this crap, mate". Głównym problem okazała się pompa, samochodem mogli się zająć dopiero od połowy przyszłego tygodnia, a mieliśmy piątek, co w znaczący sposób zaburzyłoby nasz plan podróży. Na szczęście po obdzwonieniu wszystkich okolicznych warsztatów udało się trafić do Billinudgela - to miejscowość, nie znajomy Billego Joela, dokąd na lawecie udało nam się dojechać w promocji za 20$. Krótkie rozpoznanie i pytanie: "Bierzecie pompę używaną (100$), czy nowa (300$)? + robocizna 70$". Wzięliśmy tańszą, później mieliśmy się przekonać, że trafne jest twierdzenie, że co tanie, to drogie. 4 godziny czekania w lokalnym country-pubie (mega klimaty, panowie w gumofilcach, panie z warkoczami i zawiązanymi nad pępkiem koszulami popijają miejscowego Cascade i czekają na przyjeżdżający dyliżans pocztowy - vide Dziki Zachód) i pojechaliśmy. Nie zajechaliśmy za daleko, samochód dławiło, krztusiło, coś tam stukało, a my w to wszystko wsłuchani, widać, ze spartolona robota. Wjechaliśmy na Gold Coast - letnią stolicę Australii, gdzie Lamborghini, Ferrari i Porsche widać prawie tak często jak Daewoo Matiza w Krakowie. Wjechaliśmy to za dużo powiedziane, Jacek pchał, Marcin trzymał kierownicę. Dookoła rozbrzmiewała symfonia klaksonów, ale cóż, to my przejechaliśmy przez Serce Australii :), oni widzieli je co najwyżej na Adventure Channel, więc mając ich głęboko w .. nosie pchaliśmy trupa dalej. Na razie jest weekend, plaża za naszym oknem rewelacyjna, słoneczko grzeje, fala się stawia, mieszkanko w apartamentowcu na plaży u naszego znajomego Davida, ale smutek nas trawi. W przewodniku napisali, że Surfers Paradise, bo tu jesteśmy, to takie Daytona Beach i Miami do kwadratu, nie wiem, nie byliśmy, ale komercja niesamowita, wzdłuż plaży ciągną się kilkunasto, kilkudziesięciopiętrowe budynki, ludzie marzą, żeby spędzić tu choć tydzień wakacji. Niestety, to może być koniec podróży, nawet jak naprawimy nie stać nas będzie na kontynuację wyjazdu, ale jak mantre trzeba sobie powtarzać "no worries, mate" (z ostatniej chwili, Falcon odpalił, dalej go dławi, ale do warsztatu powinien dojechać!).
21.IX.2006 Randez vouz avec Koala
W końcu udało nam się namierzyć koale. Jacek po obfotografowaniu się z tymi misiami, które przypominają bardziej pluszowe zabawki (bardzo miękkie futro) stwierdził, że może już wrócić do Polski. Chwilę musiałem go odciągać od tego pomysłu, ale w końcu zmiękł i pojechaliśmy dalej na północ do Raju Surferow (i nie chodzi tu o internet). Kilka słów o misiach koala. Zwierzak ten to totalny nierób. 20h w ciągu doby śpi, obejmując swoimi długimi kończynami gałąź drzewa (ciekawostka: każda kończyna górna koali ma po 2 kciuki), a resztę czasu spędzają na objadaniu się liśćmi Eucalyptusa, podtrzymywaniu gatunku (sex - przyp.red.) oraz czyszczeniu swojego futra. Miśki te są mega czyściochami, a do tego nawet jak leje to niczym nie przejmując się dalej smacznie śpią (mają nieprzemakalne futro). Jedyne co je rusza, to pożary buszu i silne wiatry, wtedy schodzą z koron drzew i leniuchują na dolnych konarach. Euforia Jacka jest łatwo wytłumaczalna. W prawdziwym środowisku koale nie dają się podejść, a głaskanie może się skończyć pogryzieniem i solidnym podrapaniem. Nam udało się je pogłaskać, a Jacek nawet zaczął przytulać się do jednego z koali (chyba to była ona...). Animal Sanctuary poza koalami zamieszkują wombaty, emu, strusie, dzikie psy dingo, wallabie, kangury, które jadły nam z ręki jak wspomniane już fiordy. Dobra, koniec o zwierzakach, idziemy surfować. Hang loose, Aloha Byron Bay!
21.IX.2006 Była próba włamania, ale jak zwykle jedziemy dalej!
Są za nami 3 tygodnie australijskiej wiosny i 500 km od Sydney mamy prawie 30 stopni Celsjusza. Idealna pogoda na starość, wzdłuż oceanu ciągną się nieustannie plaże, na które zażywni emeryci przywożą swoje karawany i damy. Nie do rzadkości należą tu panowie po 60-tce uprawiający surfing i panie po 70-tce paradujące w bikini:) Ale z tych przyjemniejszych rzeczy, Sydney już definitywnie za nami. Rozciągające się wzdłuż dziesiątek mniejszych lub większych zatok miasto byłoby wymarzonym do życia, gdyby nie to, że nad zatokami żyje może ok. 1% jego populacji. Reszta wozi się po półtorej godziny one-way na rozciągające się daleko-daleko przedmieścia. Tak i tak Ci, co wysupłali po kilka milionów dolarów na domy w pobliżu Opery na pewno nie żałują. Widok z Harbour Bridge (porównywalnego wielkością do Golden Gate w San Francisco - tylko kilka razy mniejszy) na rzeczoną Operę stawiam na pewno w Top Ten Views jakie kiedykolwiek było mi dane widzieć. Przepraszam tutaj za niepotrzebne i trochę prowincjonalne angielskie wtrącenia, ale niczym te buraki wracające po dwumiesięcznym pobycie gdzieś pod Chicago do Polski z akcentem, tak i my zaciągamy już mocno (a imię moje tutaj to Dżasek). Centrum Sydney nie różni się wiele od Manhattanu, zacienione przez kilkudziesięcio-piętrowe wieżowce ulice ciągną się przez kilka kilometrów od Sydney Opera. Z rzeczy, które na pewno trzeba zobaczyć to Bondi Beach, legendarna już plaża, na którą ściągają niebieskie ptaki z całego świata, aby przez całe wręcz lata nic nie robić. Tzn. robić, bo pływać na desce. Fala jest świetna, plaża szeroka i długa, pubów i restauracji od groma, więc ludzie Ci wynajmują małe kilkumetrowe pokoje, gdzie umieszczają siebie i swoją deseczkę, całe dnie spędzając na plaży (spokojnie wystarcza na to australijski socjal albo kasa rodziców). Trzeba przyznać, że doszli w sztuce pływania do prawdziwej perfekcji, a że do tego są piękni (chyba, nie znamy się), młodzi i wysportowani to życie im płynie tu całkiem przyjemnie, choć oczywiście nie tak bogato w duchowe doznania jak nam. Niestety była próba włamania do naszego Falcona, lekko uszkodzono nam zamki, ale nie udało się ich sforsować. Tak że jedziemy dalej, nie straszne nam znoje i trudy, dzieląc niestety koszty podróży na dwóch, nie udało nam się nikogo do jazdy namówić. Może w Brisbane? Na szczęście benzyna staniała. Wczoraj po 2,70 zł, dziś wprawdzie już po 3.10, w Australii cena benzyny różni się znacznie w zależności od dnia tygodnia, w piątek może być 30% droższa niż w poniedziałek! Nie udało nam się niestety też rozstrzygnąć konfliktu, gdzie lepiej się żyje, czy w Melbourne czy w Sydney, ponoć gdy wejdzie się w dyskusję miedzy mieszkańcami tych miast, by nie podgrzewać już atmosfery najlepiej powiedzieć: Does Canberra really suck as they say? :)
8.IX.2006 Otworzyły się drzwi, ale jedziemy dalej!
Jesteśmy w Sidnejowie. Miasto jest absolutnie bajeczne i wyśmienite, kapitalne i rewelacyjne, wręcz zaj...iste, jak powiedziałaby dzisiejsza młodzież. O ile Melbourne jest europejskie, o tyle Sydney zdecydowanie azjatyckie. Jak dla nas proporcje Biały - Azjata to około 1:1. Zabójcze są odległości, przedmieścia ciągną się na 40 km na północ, południe, a na zachód nawet prawie 50. Przeciętny Sidnejczyk (Sidnej?) spędza w samochodzie około 2,5 h dziennie jadąc i wracając do/z pracy (informacje za Kasią, tutejszą Polką-Krakuską, która poświęciła dla spotkania się z nami lekcje szermierki). Wszystko wynagradza jednak widok zatoki, do której wpłynęliśmy taką między-dzielnicową łajbą - Opera i Harbour Bridge absolutnie dają kopa swoją urodą. W sumie nic więcej w Sydney nie dane było nam na razie zobaczyć, pod operą aparat sam się otwiera, nawet jeśli go nie masz, udało się tych zdjęć trochę nastrzelać... Epping, gdzie mieszkamy to jedno z tych dalekich przedmieść, nasze nie jest najgorsze, tylko 20 km od centrum (około 45 minut jazdy pociągiem), cały system komunikacji i budownictwa oparty na tym londyńskim więc nie będę przynudzał.
W środę typowo górniczy dzień. W Traralgon, gdzie zamieszkaliśmy mieści się centrum górnicze, odpowiedzialne za cały region (przypominam uprzejmie, że Australia to jeden z największych wydobywców wszelkiego rodzaju surowców na świecie). I właśnie w środę pojechaliśmy zrobić inspekcje w regionie. Ubrani w gumowce, odzież ochronną, kask, okulary i z lampką górnicza za pasem ruszyliśmy do nowo otwieranej kopalni złota. Razem z Gregiem, czyli Grzegorzem trzeba było odebrać rzeczoną kopalnię, a w zasadzie sprawdzić jak sprawy stoją. Stały tak sobie, tzn. jak na polskie warunki rewelacyjnie, ale dla Australijczyków, którzy na punkcie bezpieczeństwa mają kompletnego świra (ze swoim 120 km/h wyprzedzamy zwykle wszystko, co leci highway'em) było sporo zastrzeżeń. Teren, na którym zamierza się kopać może wydzierżawić każdy, ale obowiązują ścisłe reguły. Naszej polskiej ekipie udało się zauważyć, że budka, w której mieścił się pokój socjalny stała za blisko skarpy, obok której z kolei budowano coś na kształt taśmociągu, wywożącego ziemię wraz z kruszcem na górę. Myślę, że budka jeszcze by trochę postała, ale pan Greg był nieubłagany. Rządowym Landcruiserem, w którym z kolei nie można palić (każdy obywatel ma prawo zgłosić palacza w służbowym samochodzie, należącym do rządu) przemieściliśmy się przez 4wd track do kolejnej kopalni, w której trzeba było sprawdzić jak doszło kilka tygodni wcześniej do wypadku, w którym jeden z górników złamał 4 żebra. Chyba był to polski robotnik, bo bez udziału alkoholu nie dałoby się złamać tych żeber w tym miejscu. No i na koniec kopalnia węgla - olbrzymia dziura w ziemi o średnicy kilometr-dwa, w której ustawiono kilka urządzeń wielkości Camp Nou w Barcelonie - jako że wszystko w Australii jest generalnie dla ludzi, można było tą dziurę obserwować ze specjalnego lookout'u - impressive. Się dzieje, najgorsze jest to, że nie domykają się dobrze drzwi w Falconie - otwarły się ostatnio na skrzyżowaniu w Canberra, co powoduje odruch ciągłego ich przez nas chwytania. Mogą wylecieć w każdym momencie, a z nimi i kierowca, dlatego trzeba będzie pomyśleć o jakiejś gumce, żeby je spiąć. W Canberz'e spędziliśmy kilka godzin wczoraj i dzisiaj - stolica Australii to sztuczny twór, utworzony po części przez konflikt miedzy Sydney, a Melbourne - totalnie bez duszy, ale z genialnym Parlament Hill (porośnięty trawą budynek na wzgórzu można zwiedzać bez żadnych ograniczeń, co skwapliwie czynią Australijczycy i my) i ekskluzywna dzielnica dyplomatyczna, w której jak zwykle się prezentuje polska placówka - widać, ze nie dotarły tu jeszcze rządy kaczorów, bo jest potężna, zadbana, czysta, bogata, całkiem nie tak jak Polska. Tytułem wyjaśnień i z cyklu "The Way" trzeba nam dodać, ze 1000-kilometrowy odcinek między Melbourne, a Sydney przebyliśmy z infantylnymi, młodymi Niemkami (szkoda klawiatury na te dziewczęta) - no, ale swą główną rolę znów jednak odegrały rewelacyjnie... Tym razem nie będziemy komentowali nic więcej:)
Jutro znów Sydney, a wieczorem hit nad hitami - Nowa Zelandia, gwiazda całego przyszłego tygodnia!!!
5.IX.2006 Na australijskim Śląsku
Tym razem nadajemy z Traralgon. 2h na wschód od Melbourne, największa elektrownia i kopalnia węgla w regionie to główne tutaj atrakcje.
Miasto liczy 30 tys. mieszkańców i żywcem przypomina film Truman Show. Parterowe domki są wszędzie wokoło, rozległość bierze tu tak górę nad wysokością, że dom naszych gospodarzy jest parterowy, a liczy sobie coś koło 300 kwadratowych metrów.
Nasi gospodarze to znajomi rodziców Pawła Korzeniowskiego, znanego w półświatku krakowskim pod pseudonimem Pako:) Polskiej emigracji w Australii z reguły wiedzie się dobrze, pan Grzegorz jest naczelnym inżynierem górnictwa w rejonie Gippsland, jutro więc jedziemy pozwiedzać miejscowe kopalnie, trzeba sobie zdać sprawę, że Australia jest największym "producentem" węgla na świecie, z powodu innego rodzaju pokładów niż w Polsce praktycznie nie notuje się tu wypadków górniczych, a z powodu ogromnej mechanizacji zatrudnia się w węglowym przemyśle średnio 10 razy mniej ludzi niż w Polsce.
Jako student Akademii Górniczo-Hutniczej, czyli przyszły górniko-hutnik muszę dodać głosem fachowca, że w przeciwieństwie do Polski wydobywa się tu węgiel metodą odkrywkową.
Dziś udało się machnąć jedynie 450 km, niepokojąco silnik zmienia swe brzmienie, ale gramy dalej. Kolejny z parków narodowych, które w Australii już nawiedziliśmy pokazał się z dobrej strony.
Wilson Promontory Park zaoferował nam skaczące przez drogę stado kangurów, biegające wokoło strusie emu i wombata. Wombat to taka dzika świnka, z którą trzeba przyznać nieźle się skomponowaliśmy na fotach.
Pójdą w eter albo po kablu niedługo (zdjęcia, nie wombaty). Melbourne już prawie definitywnie za nami, choć może trzeba będzie w nie do końca jasnych interesach tam wrócić w czwartek.
Ponoć ostatnio miasto to zyskało miano najbardziej przyjaznego na Ziemi, tak było tam "peaceful", że nawet nakarmiliśmy w Royal Botanical Garden czarne łabędzie.
Wzruszające przeżycie :) No i te tramwaje... Nie no, jest sakramencko wciąż piknie tu w tej całej Australii.
Tylko czasu mało, w Australii mają grubo ponad setkę parków narodowych, trzeba by tu spędzić co najmniej z rok.
3.IX.2006 Hobart-Melbourne by Jetstar low-cost
Z powrotem w Melbourne. Już po kilku godzinach łażenia po mieście widać, że zdecydowanie jest to miejsce do życia. Ale w Australii świetnie żyje się praktycznie wszędzie.
Płace są bardzo wysokie, "australian dream" zmusza człowieka do posiadania własnego domu, większość Australijczyków żyje nad oceanem, więc zawsze można wyskoczyć na deskę, w ostateczności na snoorkelling.
Od tygodnia praktycznie żyjemy w luksusie. Hobart zaoferowało nam wspaniałych gospodarzy, ciepłe, wygodne łóżka, kuchnię, że palce lizać i Piotrka Prokopa, pół-Polaka, pół-Australijczyka, zdecydowanie ze wskazaniem na to pierwsze, który był naszym przewodnikiem po Hobart i całej Tasmanii.
Piotrek to człowiek, który nie zbiera na nowe kino domowe czy adidasy, ale który każde zarobione pieniądze (choć go nie podliczamy) wydaje na podróż do Polski, do której z Tasmanii nie jest zbyt blisko. Postawa godna wielkiej pochwały:) Od ostatniej relacji udało nam się zwiedzić Port Arthur. Port Arthur to miejsce, w którym wylądowali po raz pierwszy skazańcy z Wielkiej Brytanii. Jak każdy wie, to właśnie Ci ludzie byli pierwszymi osadnikami, którzy zasiedlali Australię. Do dzisiaj zresztą widać na twarzach niektórych Australijczyków, kogo potomkiem są. PA nie robi takiego strasznego wrażenia jak europejskie obozy koncentracyjne. Mało kto wie, że to właśnie Anglicy pierwsi stworzyli właśnie takie obozy i Port Arthur jest tego "dobrym" przykładem. Jego położenie jednak dyskwalifikuje go jako "piekło na ziemi". Przytulna zatoka, przyjazny klimat, chatki dla skazańców, którzy po odbyciu wyroków stawali się wolnymi ludźmi i otrzymywali nawet ziemię na własność sprawiają wrażenie, że w porównaniu z Auschwitz więźniowie czuli się tu prawie jak w sanatorium.
Przysługiwał tu kawał mięsa każdego dnia, wszystkie te czynniki świadczą o tym, jak ważnym dla kontynentu australijskiego był każdy żywot. "Barrel Law" to z kolei impreza, którą mieliśmy przyjemność odwiedzić w piątek. Odbywa się ona na wydziale prawa Tasmańskiego Uniwersytetu, słowa baryła wiele tu może wyjaśnić, a takich baryłek trzeba było ze studentami prawa opróżnić kilka.
Wszystko co dobre szybko się jednak kończy, więc po tygodniu "chill out" trzeba się było z Tasmanii wynosić. Na wyspie tej odwaliliśmy kawał dobrej roboty, ale reszta Australii też się chce nami nacieszyć, więc dziś właśnie Melbourne. Mamy już za sobą galerię zdjęć na kortach Australian Open, pół dnia spędzone w tramwajach (w Melbourne nie ma metra ani autobusów, jeździ się tu po mieście właśnie tramwajami, a jak już wspomniałem jest tu "australian dream", więc jedną linię podróżuje się nawet około 2 godzin). Melbourne jest świetne, nastawione głównie na 3 rzeczy: a) dobre jedzenie b) niską i wysoka kulturę i c) sport. Pełno tu parków, a w nich jeszcze więcej biegaczy (biegaczek), a wszystko to usytuowane nad brzegami zatoki i rzeki. Mieszkamy u pół-Szwajcarki, pół-Australijki, która pomimo ledwie co zrobionego prawa jazdy dobrze zaopiekowała się naszym Falconem.
Trafiliśmy do tego na wieczór hinduski w jej domu, na stole cała śmietanka tamtejszej kuchni, trzeba by się w końcu gotować porządnie nauczyć, bo to wstyd patrzeć, jakie cuda potrafią inni przyrządzać. Jest znane z Malezji rota canai, czyli hinduskie naleśniki, z różnego rodzaju sosami i nadzieniami (tak się odmienia?), no i w ogóle jest fajnie. Mimo że dopiero ledwie co zaczęła się tutaj wiosna i w tym roku już nie doświadczymy słowa lato, wyprawa do Australii jawi się powoli jako jedno z najlepszych naszych życiowych posunięć... Z tych faktów nie do końca przyjemnych: za Marsa trzeba tu płacić prawie 5 zł, a i tak jest to jeden z najtańszych wyrobów czekoladowych, do których tak jesteśmy przyzwyczajeni.
29.VIII.2006 Hobart - epizod drugi
Na człowieka w Hobart czają się tylko 2 niebezpieczeństwa. Pierwsze to dziura ozonowa, która największa jest nad Antarktydą, czyli nie tak daleko stąd (bliżej na Południowy Biegun jest tylko z Patagonii), a drugie to załoga napędzanych nuklearnym paliwem lotniskowców amerykańskich, które przybijają tu 2-3 razy do roku, w celu pobrania prowiantu i naładowania akumulatorów (to jedyne miejsce w Australii gdzie taki stateczek może wpłynąć). Kilkuset, kilka tysięcy amerykańskich chłopców po miesiącach siedzenia na łajbie schodzi na lad, no i wiadomo, że jedno im w głowie. Wszystkie grzeczne dziewczęta nie wychodzą wtedy na miasto, z całej Australii zjeżdżają, a w zasadzie zlatują, bo samolot pełni w Australii rolę Pekesu, się córy Koryntu i przez dni kilka trwa prawdziwa Sodoma i Gomora. Zawsze po wypłynięciu amerykańska armia nie może doliczyć się kilku marines, którzy wśród miłych tutejszych panien znaleźli kobiety swojego życia. Jest fajnie i w ogóle. Nasz czas na Tasmanii mija bez takich ekscesów, dziś mała wizyta w
Cooles Bay, zaliczanej do 10 najlepszych plaż świata (nie wiem, kto te badania prowadził, ale myślę, ze każdy sobie takie może zrobić i opublikować) i kilkugodzinny spacer po buszu, gdzie spotkaliśmy kilka wallabi (kuzyni kangura). Jadły nam dranie z ręki (prawie jak fiordy w Norwegii), niestety ciężko będzie spotkać tu diabły tasmańskie, ponoć cierpią teraz na jakiegoś wirusa i zamelinowały się z dala od cywilizacji. Wybrzeże przypomina Dalmację z domieszką Bałtyku, znów Europa mści się więc na nas, że przyjechaliśmy szukać tu egzotyki. Mimo ze trwa jeszcze zima, temperatura jest mega, dziś prawie 20 stopni, ponoć mają tu prawie 300 słonecznych dni w roku i nigdy nie ma tu więcej niż 30 kresek na termometrze. Trzeba się będzie wbić tu na emeryturę, Marcin już teraz zaprasza urocze 20-latki, które za lat 60 spędzą tu z nim razem tzw. jesień życia. Jutro kajaki i może w końcu pojawią się zdjęcia, powoli rozpracowujemy eMaca, na których pracuje 3/4 Australii...
27.VIII.2006 U diabła tasmańskiego
Wsi spokojna, wsi wesoła, kto twe skarby objąć zdoła - można by powiedzieć o stanie Wiktoria, mocno parafrazując słowa poety, no, ale matura była już przecież ponad 5 lat temu. Jako że doszły nas słuchy, że wielbicielki w ojczyźnie były mocno zestresowane naszą wspólną podróżą z Niemkami, tym razem w trasę z Adelaidy do Melbourne via Great Ocean Road (bagatela 1000 km) zabraliśmy Pete'a, filozofa z Kent (południowa Anglia), który odpowiedział na ogłoszenie zamieszczone przez nas w jednym z hosteli. Wybraliśmy jego, mimo że chętne były również Miss i V-ce Miss stanu Południowa Australia, które chciały posmakować troche wildlife-u... Australia dzieli się w ogóle na 6 stanów (Zachodnia Australia, Południowa Australia, Queensland, Wiktoria, Tasmania, Nowa Południowa Walia) i 2 terytoria (Stołeczne i Północne), każde z tych tworów zachowuje wielką autonomię, z rzeczy które nas najbardziej dotykają, to inne są przepisy drogowe (Ter. Północne nie wprowadza żadnych ograniczeń prędkości na drogach, Australia Zach. pozwala zarejestrować przez Internet zakupiony samochód).
Wycieczkę z Adelaidy rozpoczęliśmy o 4 nad ranem, przez te cholerne zwierzaki wszystko trzeba się starać robić tu w ciągu dnia, i jazdę i zwiedzanie miedzy 6 a 18, bo w pozostałych godzinach jest po prostu już ciemno. Z Południowej Australii do Wiktorii droga prowadzi przez najbardziej urodzajne w tej części świata ziemie, jako wzorowi uczniowie pamiętaliśmy ze szkoły średniej, że żyje na tym kontynencie więcej owiec niż ludzi, co można było stwierdzić jadąc przez te rustykalne tereny. Marcin, znany koneser wiejskich klimatów, nie mógł nacieszyć oczu widokiem dziesiątek tysięcy dorodnych owieczek, czarnych krów i koników pasących się na pastwiskach żywcem wyjętych niech będzie z Braveheart. Nawet Jacek, znany w środowisku jako Zimny Drań, zatrzymywał co chwilę Falcona, by zrobić zdjęcia z baranami i resztą bandy.
Niestety sypnął się trochę Falcon. Zepsuliśmy chyba centralny zamek, nie domykają się prawe drzwi, czasem szwankuje elektryka, ale jedziemy, niech mu droga lekką będzie.
Great Ocean Road to z kolei jedno z najbardziej malowniczych miejsc w całej Australii. Droga wije się wysokimi klifami zaraz nad oceanem. Co chwilę wynurzają się z wody malownicze budowle, Twelve Apostels, The London Bridge, The Arch to najbardziej znane i pożądane do oglądania. Olbrzymie skały wyrastające z oceanu powstały przez niszcząca działalność fal. Super fajna sprawa, ale to znowu trzeba na zdjęciach zobaczyć, bo pisane o tym to jak gadanie ze ślepym o kolorach. Marcin twierdzi, ze ostatnie kilometry tej drogi przypominają Chorwację, ale ja jestem przeciwny takiem stawianiu sprawy, bo po co byłoby jechać taki szmat drogi...?
Wiele się dzieje, więc wysondowaliśmy wieczorem też Melbourne. Tzw. opinia publiczna dowodzi, że jeśli Sydney jest odpowiednikiem Warszawy w Australii, to Melbourne imituje nasz Kraków. Trzeba to będzie sprawdzić za tydzień, bo w Melbourne zostawiliśmy tylko Falcona pewnej znajomej Szwajcarce i wsiedliśmy rano do samolotu do Hobart - stolicy Tasmanii. Virgin Blue to lokalny low-cost, który za ok. 100 zł przerzucił nas na tą wyspę. Dzięki kontaktom Jacek --> Ala --> Kasia S --> Magda P. --> jej rodzice Zofia i Jan Pakulscy zamieszkaliśmy u tych ostatnich. Jest nam tu jak u Pana Boga za piecem, Hobart to wymarzone miejsce do życia w świętym spokoju, położone jak San Francisco nad zatoką, gdzie kończą się najsławniejsze na świecie regaty z Sydney do Hobart. Nasi gospodarze to polska emigracja z 1975 roku, profesor Pakulski jest prorektorem na miejscowym Uniwersytecie Tasmańskim, w łóżku gdzie teraz zamieszkał Marcin bywali ostatnio Jacek Fedorowicz i Tadeusz Konwicki. Dom jest świetny, gospodarze również i długo by nam się było rozpływać w samych superlatywach nad naszym losem. Okazało się, że trafiliśmy dziś na walne zebranie miejscowej Polonii, nasi są wszędzie, zebranych w organizacji jest 500 osób, ok. drugie tyle jest niezrzeszonych. Większość Polaków to jednak osoby mocno już podstarzałe, żołnierze z II-giej wojny światowej, armia gen. Andersa. Młodzi tez tu jednak działają, ok. 50 młodych Polaków tańczy w miejscowym zespole oberka i krakowiaka, a w międzyczasie młodzi jak to młodzi w Krakowie - popijają Żywczyka, sprowadzanego z naszej ojczyzny. Zobaczymy, co tydzień przyniesie, zostajemy tu do następnej niedzieli.
25.VIII.2006 Gdzie są australijskie zwierzaki ???
Australijska impreza niewiele się różni od polskiej. No może tylko
ubiorem bywalców, którzy jak to Australijczycy nie przywiązują do
wyglądu zbyt wielkiej wagi. Mamy więc wymalowane, skąpo ubrane
dziewuszki i panów w wytartych dżinsach, z kapeluszem kowbojskim na
głowie i z Fosterem w ręku. Impreza bardzo powoli się rozkręca,
najpierw na parkiecie nieśmiało podskakują kobiety, panowie dodają
sobie kurażu kolejnym pifkiem. Co tu dużo gadać, wypisz wymaluj
polsko-europejskie klimaty, zmęczeni ciągłą podróżą byliśmy w domu
dobrze przed 1 am. Dziś za to w pobliskim parku polowaliśmy na koale, ale nie udało nam się żadnego wypatrzyć, mimo tego że są tu podobno w
Australii już plagą, mówi się nawet o ich sterylizacji. Była możliwość
pogłaskać i zrobić fotki w pobliskim koala-house, ale dranie spały i
nie można było Panom Koalom przeszkadzać, wiec zrezygnowaliśmy z 11-dolarowego wstępu, będzie jeszcze okazja wziąć takiego małego na ręce.
Najbardziej fotogeniczne w Australii są za to znaki drogowe,
ostrzegające przed zwierzętami na drodze. Żółte znaki z wymalowanym
kangurem już wcześniej obfotografowaliśmy, dziś dołączyły znaki z
koalą i dziobakami. Myślę, ze na Tasmanii wrzucimy zdjęcia na
stronę. Niestety jest cholernie zimno, dziś z rana około 8-10 stopni,
w ciągu dnia niewiele więcej. Polar i długie spodnie obowiązkowe,
następne poważne słonce dopiero na wysokości Brisbane, nie wcześniej
niż gdzieś za 3 tygodnie. Ludzie chodzą tu w rękawiczkach i kurtkach
zimowych, łatwo wyłapać obcokrajowców ubranych w sandały i t-shirty
(obowiązkowo z kangurem). Adelaida to miasto świetne do życia, ale może
zbyt kolokwialnie mówiąc "bez jaj". Wszystkie ulice w centrum
przecinają się pod kątem prostym, wzdłuż nich wiktoriańskie z reguły
majestatyczne budowle, pamiętajmy o tym, ze Australia ma dopiero około
200 lat. Tzn. ma troszkę więcej, pewnie parę milionów, ale you know
what I'm talking about :) W około 20 minut zwiedziliśmy tutejszą
National Gallery, czasu nie było zbyt wiele, ale kto mnie zna
ten wie, ze zrobiłem kiedyś Wiedeń w 1,5 h. Generalnie widoki żywcem
wyjęte z amerykańskich miast, szerokie aleje, wielkolitrażowe fury,
fast food na każdym rogu, do tego dołączamy angielskie parki i niską
zabudowę i dostajemy obraz Adelaida City. Cholerny "Australian Dream",
który polega na posiadaniu własnego domku, spowodował, ze odległości w
miastach też są olbrzymie. Ciągnące się przez dziesiątki kilometrów
zabudowania utrzymują człowieka przy życiu. U polskiej rodziny, u
której dziś zjedliśmy obiad (zupa z dyni na pierwsze!) dowiedzieliśmy
się trochę o tym, jak się tu żyje. Żyje się dobrze, jeśli wyznajesz
zasadę : "No worries mate" (a tą zasadę wyznaje 90%
Australijczyków). Luz blues, od barbecue do barbecue, piwo, telewizor
i tyle. Mozesz tak żyć do końca swych dni, opływając całkiem niezłym
luksusem, masz tekturowy domek, plaże pod nosem przez 300 dni w roku
i samochody, których nigdy w Europie nie zobaczymy. Jeśli jednak
chcesz się wybić, to możesz mieć z tym problem będąc imigrantem -
większość wysokich stanowisk zarezerwowana jest tylko i wyłącznie dla
potomków Anglików. Musisz mieć sporo samozaparcia, żeby spróbować
wyjść na szczyt. Welcome to Australia - prawie końcu świata - bo
prawdziwy koniec mamy zobaczyć ponoć dopiero w NZ. A nawiązując
jeszcze do tytułu - gdzieś zaginęły kangury, nie widzieliśmy żadnego
od ponad już 4 dni...
24.VIII.2006 Adelaida u Paula'a: wino, samoloty i impreza
Jest 20:30. Ostatnie przygotowania do wieczornej imprezy, którą na
naszą cześć wydał drogi gospodarz, Paul, który oprócz podejmowania
nas w Adelaide (1,1 mln mieszkańców) trudni się również prowadzeniem
największego w tym mieście klubu. 800 osób już mrozi szampany żeby
powitać podróżników z dalekiej Europy i jeszcze dalszej Polski.
Początki nie zapowiadały takiego obrotu spraw. Zamieszkaliśmy w
przydomowym garażu dosłownie 100 m od pasa startowego międzynarodowego
lotniska w Adelaide City. Boeingi 777,767 prawie przylizują nam
zakurzone fryzury z Outback'u. Paul i jego dziewczyna to przebojowi
30-latkowie. On - nightlife events manager, ona - personal traineer, jak
sami się przedstawili. Wyznają maksymę: "no stress, do what you
feel you should do" i tak jak reszta Australijczyków chodzą z uśmiechem na twarzy,
powtarzając w kółko "no worries mate". Poza imprezowaniem dużo zwiedzamy... np.
winnice gdzie próbujemy różnych roczników tzn. Marcin testuje, a Jacek
prowadzi furę i robi zdjęcia zagubionych owieczek. Okolica ta, słynąca
z produkcji znakomitego australijskiego wina, to Barossa Valley -
krajobraz to mikstura francuskiej Prowansji, szkockich wrzosowisk i
niemieckiego porządku - prawdziwa kraina miodem i mlekiem (lub winem)
płynąca, w której spędziliśmy prawie 6 godzin. Jeszcze jedno słowo o winach.
Region południowej Australii słynie z wyśmienitego szczepu winogron -
Chiraz (choć przez niektórych sommelier'ów uznawany za zbyt cierpki do
smakowania). Poza Chiraz'em jest i Merlot a także znany i lubiany
przez rzesze fanów win Cabernet Souvignon. Podczas gdy Jacek obmyślał
plan dalszej podroży, Marcin, znany salwatorski sommelier nie odmówił
sobie skosztowania kilkunastu roczników i mieszanek różnych gatunków
oraz pogawędzenia sobie z Weinmaedchen o produkcji, zbiorach i
najlepszych bukietach win. Ciekawostką jest to, że Barossa Valley,
wielki konkurent francuskiego regionu Bordeaux jest w dużej mierze
zamieszkała przez potomków niemieckiej imigracji sprzed II-giej wojny
światowej. Dlatego nie dziwi uderzające podobieństwo lokalnych
mieszkańców do naszych sąsiadów zza Odry. I jeszcze tytułem wyjaśnień.
Jak zdradził nasz opiekun z krakowskiego centrum dowodzenia wyprawą,
Łukasz Pilch, podróżowaliśmy przez prawie 5 tys. km z dwiema Niemkami.
Podróżowaliśmy to niedobre słowo, okazały się być bardzo
niekomunikatywne, nam tez jakoś nie szło, wiec po prostu jechały przez
5 tys. km na tylnym siedzeniu. Podróżując po wielu miejscach trzeba
przyznać, że nam Polakom i innym nacjom tego regionu fantazji nie
brak - w przeciwieństwie niestety często do zachodnich turystów,
którzy pozwalają sobą przerzucać jak workami ziemniaków. No nic, nadmiar euro
rozleniwia i ogłupia człowieka. OK, może przesądziłem, to były fajne
dziewczyny Marcin tu podpowiada. Vamos a party! Jutro ciąg dalszy
relacji z Adeli!
23.VIII.2006 Outback - spostrzeżenia własne
To znowu my. W Coober Pedy nie jest tak źle. Znaleźliśmy właśnie darmowy Internet w centrum informacji turystycznej (tak, też to tutaj mają). Wracając raz jeszcze do Alice Springs: spokojnie można nazwać to "miasto": middle of nowhere. Kolejne większe skupisko ludności oddalone jest o 1500 km (Darwin na północ, Adelaide na południu), ale mają tam HUNGRY JACK's i bynajmniej nie chodzi tu o Jacka, który notabene też chodzi wciąż głodny, a o Burger King's, który przyjął tu taka nazwę (Whooper po 3,80 AUD). Generalnie fast fudy podobnie jak w Stanach są najtańszym miejscem, gdzie można cos "zjeść". Mamy już dosyć, wiec czasami pozwalamy sobie na odrobinę luxusu, zamawiając w przydrożnym barze kiełbaski z kangura (smakują jak zmielone zrazy). Reasumując: Alice Springs to prowincjonalna, zapadła dziura, której atutem jest bliskość Uluru (to tak jakby Wawa była centrum wypadowym w Tatry). Około 100 km przed Alice mija się Zwrotnik Koziorożca, ale żadnych specjalnych emocji to nie wywołuje. Przy drogach widuje się często również potrącone zwierzaki i niestety nie leżą one odpoczywając. Szkoda szczególnie kangurów, no ale tak to jest, jak widząc nadjeżdżający samochód skacze się radośnie pod jego koła. Są też rozkładające się krówki, ale przemilczmy ten temat ze względu na rozchodzący się z nich przykry, powiedzmy szczerze, paskudny zapach. Na trasie małe zajazdy i stacje, co 100km (rekordowo widzieliśmy znak "next service 250 km", a regionalne maximum to 530). Uluru to inna bajka. W pobliżu znajduje się lotnisko, gdzie bogaci rentierzy przylatują na dzień lub dwa strzelić sobie fotę z wynajętym Lamborghini na tle Ayers Rock. Z reguły odstawiają te szopkę o zachodzie słońca, gdyż o wschodzie (6:40 am) już by im się za bardzo nie chciało. Magia barw i kolorów powala, ale to przekażemy na zdjęciach. Bo ciężko nam to opisać czarną czcionką. Jeżdżąc po Outback'u szybko przyjmujemy kolor otoczenia - brunatno-pomarańczowy. Ciężko to domyć, ale może w domu szczotka drucianka pomoże. Cóż, takie życie globtrotera...
Ciekawostką są zwyczaje drogowe - z powodu skrajnie niskiego ruchu pozdrawiają się dłonią wszyscy kierowcy. No prawie wszyscy, bo kierowniczki boja się puścić koło, ale to tylko nasza szowinistyczna dygresja. Na Terytorium Północnym nie ma ograniczeń prędkości, ale ciężko jest sobie wyobrazić zderzenie z kangurem przy prędkości 315 km/h, bo takie testy przeprowadziło ostatnio tu Porsche. Mimo nużących prostych i leniwie uciekających kilometrów, Outback fascynuje swą dzikością i pustką. Polecamy taka formę podróży. Do galerii poznanych zwierzaków dołączamy psa dingo, który biegał po naszym kempingu i pospolitego królika, który ledwie z życiem umknął spod rozpędzonego Falcona. Teraz jedziemy do Adelaide. To tylko rzut beretem, bagatela 950 km. Hasta pronto!
23.VIII.2006 Podziemny camping w Coober Pedy
Jesteśmy w Coober Pedy.
Światowa stolica wydobycia opali może swobodnie aspirować do miana najmniej przyjaznego miejsca na ziemi.
Mimo że jest środek zimy, temperatura na zewnątrz wynosi 35 stopni, do tego wszystko spowite jest pyłem, kurzem i drobinami z hałd powydobywczych.
Pylica murowana. Ludzie uciekają więc pod ziemię, około 50 % populacji żyje pod powierzchnią Coober Pedy.
Są tu zbłąkane dusze z całego świata, łudzące się wielkim i szybkim zyskiem, a de facto w okropnych warunkach spędzają tu po kilkadziesiąt lat, dorabiając się co najwyżej Falcona i przewlekłego kaszlu.
Po nocy spędzonej na podziemnym kempingu i obejrzeniu miejsc, gdzie kręcono sceny z Mad Maxa (Crocodille's House) trzeba uciekać na południe.
Słów parę jeszcze o dniach poprzednich. Udało się dotrzeć na zapasowej oponie do Ayers Rock (czyli tzw. najbliższy warsztat był 600 km od miejsca awarii).
Ayers Rock, zwany tez Uluru, każdy zna. My tez widzieliśmy go wcześniej na fotach, folderach z pareset pewnie razy, ale gdy przyszło zobaczyć go w promieniach zachodzącego słońca, a na II-gi dzień dotknąć go swoim paluszkiem, szczeny solidarnie opadły nam w dół
(polecamy jakbyście byli przypadkiem w okolicy). O skale jeszcze przyjdzie napisać.
Inną atrakcją są Kata Tjuta, olbrzymie kilkuset-metrowe głazy, które sterczą na środku pustyni.
Obie te atrakcje są miejscami kultu Aborygenów, ściśle zakazane jest na nie wspinanie, choć nam takie myśli przez głowę przechodziły.
Jedno co daje nam się tu porządnie we znaki, to zimno - w dzień bywa pod prawie 35 stopni, w nocy temperatura spada do zera,
a my w śpiworach przystosowanych do Mazur we wrześniu. No i te cholerne pociągi drogowe - mimo że czasem nie jedzie nic przez godzinę, to, gdy wyprzedzasz już zagubionego gdzieś trucka
te cholerne stworzenia pojawiają się za zakrętem i pędza na Ciebie z prędkością 120 km/h. Razem z Marcinem już po razie ledwie umknęliśmy z życiem.
A u Falcona stuknęło 3600 km.
19.VIII.2006 Pokonujemy bezdroża naszym Falconem
1850 km Falconem za nami. Jesteśmy w Alice Springs, w samym środku Australii. Po drodze czyhały na nas niebezpieczeństwa, ale daliśmy radę.
Pierwsze z nich to nawet 50-metrowe pociągi drogowe, czyli long-tiry, najdłuższy, jaki chciał nas zepchnąć z drogi (pęd powietrza) ciągnął za sobą 4 przyczepy.
Zmuszeni podróżować przez noc (mały delay), mieliśmy coś na kształt gry na PlayStation - jak nie uszkodzić skaczących przez drogę kangurów, przy tym nie uszkodzając Falcona.
Głupie zwierzęta przeskakiwały przed maską co jakieś 50 km, ale Falcon ciągnął do przodu, zgrabnie lawirując pomiędzy nimi. Dziś na ostatniej prostej, przed Alice (czyli jakieś 200 km prostej...) wybuchła przy prędkości 120 km/h tylnia opona. Lata mojej pracy na tirach (nie mylić z tirówkami) nie poszły na marne - udało się wyhamować samochód, choć mocno nim zarzucało.
Wspólnie z mechanikiem Marcinem szybko w środku pustyni usunęliśmy defekt, ale z opony zostało na prawdę nie wiele:/
Trzeba wspomnieć jeszcze o krokodylach, na szczęście tych słodkowodnych, czyli jak piszą w LP, niegroźnych dla ludzi.
Parę kąpieli z tymi stworzeniami w Litchfield National Park (masa ukrytych wśród skał wodospadów) odcisnęło na nas potężne piętno:)
Do tego Kathrine Gorge Park (mlodszy kuzyn Kanionu Kolorado) i towarzyszący nam ciągle pomarańczowo-czerwony kolor ziemi, pustyni, buszu, no i znaki ostrzegające przed kangurami i krokodylami powodują, że mamy mega-mega przygody, a Australia awansowała już u mnie na pierwsze miejsce najbardziej fascynujących miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. Na razie zmykamy na kemping, jutro z rana Uluru-Ayers Rock!
17.VIII.2006 Mamy furę!!!
Mamy furę!!! Ford Falcon, 1990 r., 3.9 L, station wagon, można swobodnie z tyłu się kimnąć. Udało nam się kupić go za 1500 AUD (3600zl), choć właściciele (młoda angielska parka podróżująca po świecie) chcieli za niego 2200 dolarów. Nie byle z nas chłopki, zażądaliśmy wizyty w warsztacie. Tam niezrozumiały dla mnie zupełnie Australijczyk wyliczył: cieknący olej z silnika, mogący uszkodzić pasek klinowy, niedziałająca A/C,
nie kontaktujące od czasu do czasu światła stopu i grożącą wybuchem i natychmiastowym przedziurawieniem jedną oponę. Zbiliśmy więc cenę do wspomnianych już półtora tysiąca, silnik już naprawiony (480 AUD - w tym ponad 300 to robocizna - te dranie biorą tu 150 zł za godzinę roboty, nic tylko przyjeżdżać i warsztat zakładać), elektrykę naprawił doktor (Marcin), a na opony pójdzie 220 AUD. Furka jak nowa, koszt więc zamyka się kwotą 2200 AUD, powinna pójść od ręki na końcu naszej podroży... Oby, bo nie będzie za co do domu wracać. Jednakowóż reasumując: ja, Jacek Gabryś, zostałem właścicielem Forda Falcon, zarejestrowanego w Zachodniej Australii, miasto Perth! Proces ten zajął nam około 10 minut, bo tyle tutaj zajmuje wypełnienie dwóch formularzy. No i nie trzeba stać na Powstania Warszawskiego w Urzędzie Komunikacji... Jutro więc w końcu ruszamy, czas nas goni, przez kilka dni będzie Outback, następna relacja więc pewnie dopiero za 3-4 doby.
Wczoraj było o Aborygenach, dziś parę zdań o białych Australijczykach. Niektórzy z nich tez chodzą boso, dziś paru takich widzieliśmy w supermarkecie (gdzie notabene przeszukujemy najniższe polki z Woolworths Value artykułami, miejscowa odmiana Tesco Value), jedzenie jest tu nawet droższe niz. w Anglii, a rekordy bija banany, które kupuje się za równowartość... 28 Zł!! Za kilo. Australijczycy z reguły chrzanią wszelkie kanony mody, po ulicy, co chwile paraduje typ pokroju Krokodyla Dundee'go. Australijki to z kolei bardzo otwarte dziewczęta, wpadliśmy wczoraj do baru pokroju naszej Świniarni na chwile, przy wyjściu, co najmniej ze 3 usiłowały nas w środku zatrzymać. No, ale my, porządni chłopcy z Polski, nie możemy zawierać znajomości z obcymi dziewczętami:) I jeszcze tylko dwa, niusy: 1. Z życia Polonii w Darwin - jest ich tu ok 50 osób, ale podzieleni na dwa obozy, jeden obóz skupił się koło honorowego konsula Polski, który jest Australijczykiem, drugi obóz uważa, ze konsul powinien być z urodzenia Polakiem... 2. Z życia Polonii w sułtanacie Brunei (okolice Malezji): jest ich tam 6 sztuk i wymieniają się miedzy sobą kasetami VHS z nagraniami przysyłanych z Polski odcinków przygód w szpitalu w Zielonej czy Leśnej Górze ("Na dobre i na złe"):) - to ich główna działalność.
Aha, kilka z pozycji długiej listy przedmiotów, które otrzymaliśmy przy zakupie samochodu: makaron. Czajnik, sznurek na pranie, 4 L oleju silnikowego, mydło w płynie, namiot, kuchenka, 2 płytkie talerze, płetwy, lodówki, deska do prasowania:) i wiele innych. Dobra, trzeba ruszać w teren, a nie chrzanić na necie. pozdro
16.VIII.2006 Pierwsze spotkanie z Aborygenami
Garść faktów:
chodzą na bosaka po mieście, ale równocześnie ubierają się w jakieś mega kolorowe ciuchy typu koszula hawajska w żółtoróżowe paski i bermudy zielone w różowe grochy, naprawdę (!!!);
niestety są często pijani (znajoma stwierdziła, ze łatwo się upijają, bo nie mają enzymu, który jest odpowiedzialny właśnie za alkohol, ale ja nie wiem, czy jest to prawda, może powtarzam głupoty, w każdym bądź razie w niektórych stanach, miejscach, mają zakaz zakupu alkoholu);
dla mnie osobiście są najbrzydszą rasą, jaką kiedykolwiek widziałem, uroku nie dodają im nosy, przy których nos Gerarda Depardieu jest jak powiedzmy, młody wiosenny ziemniak przy starym kartoflu;
w Darwin zamieszkują w jakiejś wysokiej trawie tuż poza miastem
przesiadują całymi dniami w różnych miejscówkach Darwin, z reguły nie pracują, mają bowiem kasę od rządu, który czuje się winny za ich obecny opłakany stan;
po mieście jeździ policja z klatkami z tyłu, prawie żywcem wyglądająca jak hycel, znajoma opowiadała mi, ze przewożą w nich właśnie głównie pijanych albo rozrabiających Aborygenów;
od czasu do czasu na ulicach słychać różne biało-aborygeńskie pogaduszki, my zasłyszeliśmy następującą: Lekko Pijany Aborygen: -"It's our land, what did you do with us???"
Biała Australijka: -"What did we do?? If we weren't here, you would still do only the shit all around you - the only thing you can do is just shit". Nie ma co, jest zrozumienie i szacunek wzajemny. Zobaczymy dalej, trzeba wierzyć, ze Ci Aborygeni to fajne chłopaki. I dziewczyny. Żal ich.
15.VIII.2006 Darwin
Próbujemy się w Australii jakoś ustawić. Dom już mamy, teraz dorabiamy się samochodu. W Darwin jest miejsce, gdzie turyści handlują używanymi furami, ale wczoraj stał tam jeden, słownie jeden, samochód. Ford Falcon, rocznik 1990, silnik 3.9L (!), do wczoraj wydawało nam się, ze w Citroenie Picasso jest z tyłu dużo miejsca na nogi, jeśli w Picassie jest dużo, to w Falconie można swobodnie urządzać wieczorki taneczne. Z zewnątrz wygląda ładnie, ale kto wie, co się pod maską kryje? Jak nam się rozkraczy w połowie Outbacku, to już nic nie pomoże nam, bo o zasięgu w komórce nie ma co marzyć, a satelitarnego telefonu nie mamy i mieć nie będziemy. No dobra, co 2 godziny ktoś tam przejeżdża, wiec może nie zjedzą nas skorpiony i grzechotniki, szkoda jednakowóż, że nie podróżuje z nami jakiś przyboczny mechanik, który sprawdziłby stan techniczny pojazdu. Mamy jeszcze z ogłoszenia Forda Fairlane, Holdena Commodore'a (wyposażonego pewnie w komputer pokładowy Commodore 64), ale są to sedany, a nam przydałoby się jakieś kombi, bo trzeba będzie w tym chwilowo zamieszkać. Co do transportu w Australii, wiele osób ogłasza się w hotelach, że wezmą kogoś do samochodu, bo jadą np. tam i tam, wiele też osób ogłasza, że chętnie komuś się wbije do fury, dzieląc oczywiście koszty podroży. Gdyby nam się udało więc przynajmniej połowę trasy pokonać z kimś, a potem sprzedać samochód na końcu podroży, tracąc na nim nawet 30-40%, bylibyśmy wielkimi zwycięzcami finansowymi i moralnymi wyprawy Australia 2006. I taki jest plan. Tak na prawdę tańszą opcją jest tu tylko autostop (miejscowi mówią, że go tu nie ma, ale co oni mogą wiedzieć) albo tandem, którego ktoś chciał nam sprzedać wczoraj za 1000 dolarów.
Ogólnie życie w Darwin toczy się wokół jednej, dwóch ulic. Trochę jak w miasteczkach na Dzikim Zachodzie, mimo że liczy to miasto sobie prawie 100 tys. mieszkańców. Nieograniczona możliwość zabudowy powoduje, że gdzieś te 100 tys. rozmyło się wokół. Jest trochę drożej niż nam się wydawało, że jest w Australii, dla tych, którzy używają tzw. przelicznika piwnego, aby określić koszty życia podaję, że za 0,4 L miejscowego sikacza trzeba zapłacić w knajpie ok. 5 AUD (12 zł).
14.VIII.2006 Australia - nocleg u Jack'a Nicholson'a
Po 4,5 h lotu z Tygrysem wylądowaliśmy w Darwin, Northern Territory, Australia. Samolot linii Tiger Airways miło zaskoczył swoją
nowością - Airbus A320 spod igły, wypełniony co najwyżej w połowie. Australia jest chyba drugim po Stanach najbardziej policyjnym krajem na świecie, ledwie wyszliśmy z samolotu, a
rzucił się na nas sympatyczny piesek zowiący się Buddy, biały labrador, który oprócz wykrycia transportu koki ma za zadanie
sprawdzić, czy nie przywiozłeś 3 kilo polędwicy sopockiej, czy też chińskiej zupki Lao Cheg Chi. Australijczycy
kompletnie zwariowali na punkcie
kwarantanny, zabrania się przywozu praktycznie jakiejkolwiek żywności, ze ścian lotniska patrzy na nas znany z Animal Planet Crocodille Hunter, firmując swoją osobą slogan w stylu
"Czy Ty i Twoje jedzenie poddaliście się już kwarantannie?". Dopada nas paranoja, sami zgłaszamy puszkę tuńczyka, obawiając się 200 AUD kary.
Jacek usiłuje, nie do końca świadomie, przemycić cukierki, które i tak szybko wykrywają strażnicy i służby celne.
Przy okazji wychodzi na jaw, ze
w dobie londyńskiego czerwonego alarmu, udało mu się w Singapurze (jednym z najlepiej strzeżonych lotnisk na świecie) wnieść na pokład szwajcarski scyzoryk (co nie udało się Marcinowi
na podrzędnym lotnisku w Damaszku). Już pierwszy kontakt z australijskimi cenami mógł uszczuplić nasze portfele, ale udało nam
się skaperować dwie sympatyczne młode plecakowiczki, które zabrały się z nami taryfą do centrum. Owo centrum stanowi Mitchell Street,
przy której usadowiło się wszystko, co mieszkańcowi Darwin i turyście do życia potrzebne. Przypadkowo mieszka tu też nasz gospodarz Frank, którego
nie wiadomo skąd Jacek wytrzasnął. Za taksówkę z lotniska do centrum zapłaciliśmy w czwórkę 24 australijskie dolary (1AUD = 2,4zl), pod domem o 4 rano
czekał już wspomniany Frank, który akurat podlewał kwiatki:). Po pierwszym spojrzeniu przeleciało nam przed oczami
kilka scen z filmów,
gdzie główną role grał Jack Nicholson, do którego nasz gospodarz jest łudząco podobny. Emerytura z dala od paparazzich w Darwin ?
Marcin twierdzi, ze zabudowa miasta przypomina amerykańskie prowincje, budownictwo
na pewno z nóg nie powala. Domki-bliźniaki trochę w stylu także europejskim, z reguły na dole kuchnia z salonem, na górze 2-3 sypialnie, łazienka + ogród z basenem, w którym jak wiadomo powszechnie każdy
Australijczyk trzyma swojego 7-metrowego pupila - udomowionego krokodyla. Razem nie więcej niż 100 kwadratowych metrów, tak podobno mieszka cała Australia, ale przyjdzie nam to jeszcze zweryfikować. Pod domkiem
z reguły zaparkowane Fordy Falcony, widzieliśmy również żółtą Corsę, która przyjęła tu imię Holden. Generalnie na razie mało Australii w tej Australii, ale myślę, ze tej liźniemy dopiero w Outbacku. Na koniec warto napisać o zmianie czasu, zegarki przesuwa się tu o 7,5 h (!!) w stosunku do Polski. Ciekawe, bardzo ciekawe... (Tzn. nie to, że się przesuwa, ale to, że się nie przesuwa o pełne godziny).