Gdy
jest Ci zle, gdy chcesz zaimponowac dziewczynie, gdy chcesz pochwalic
sie wujkowi z Ameryki, cioci z imienin, kolezankom z Miss World, kiedy
juz przeczytales caly Internet, a nawet zgrales go na dyskietke, a
niestety zapomniales adresu naszej strony - pamietaj, ze mozesz ja
szybko odnalesc wpisujac na www.google.com -> Jacek Gabrys lub
Marcin Mika.
KONIEC BAJKI O HISZPANII (24.VI.07)
Na koniec tradycyjna galeria, niestety ok. 10 zdjęć z Baskonii uległo
zniszczeniu podczas ataku ETA, pozostaje więc tylko 40 do oglądniecia.
Ładne to miejsce, co można być może będzie zaobserwować na zdjęciach.
Strona ulega zahibernowaniu, pojawia się jeszcze tylko krótki
przewodnik napisany dla potrzeb Socratesa na naszej katedrze. Adios
amigos, Antonio Banderes, FC Barcelona, hasta la vista, muchas gracias
senioras i senores!
Kraj Basków - tam gdzie w każdym domu strugają bomby z drewna (22.VI.07)
Ostatni tydzień trzeba było jakoś uczcić. Można zagrać w totka i wygrać
parę milionów, ale po co? My wybraliśmy się do Kraju Basków, jednej z
prowincji na połnocy Hiszpanii, zamieszkałej przez lud dumny i odważny,
skory do wielu czynów, aby tylko stać się w pełni od Hiszpanii
niezależnym. I nie ma się im co dziwić, to prowincja najbogatsza,
bogata w przemysł, świetnie rozwinięte usługi, w złoża naturalne (rudy
żelaza), a także w góry, plaże, luksusowe ośrodki wypoczynkowe. Mogą
zrobić wiele, aby odłączyć się od Hiszpanii, ale to nie tak, że każdy
Bask należy do ETA i każdy nosi trotyl w plecaku, żeby móc się w każdej
chwili wysadzić. ETA zrzesza tylko najbardziej zuchwałych, 99% Basków
nie popiera jej aktów przemocy. Gwoli sprawiedliwości przyznać trzeba,
że ETA zawsze ostrzega przed zamachami i "stara się", żeby nie ginęli
przypadkowi ludzie, a przeciwni im politycy, wojskowi i cała ta
skorumpowana śmietanka. A wszystko zaczęło się od czasó Franco,
wymordował on 21 tys. Basków, zabraniajać m.in. używać baskijskiego
języka (jednego z najbardziej kosmicznych, nie mającego niczego
wspólnego z niczym innym, no może minimalnie z węgierskim, nawet nam
sprawiał trudności). Mówi się, że Baskowie to ostatni przedstawiciele
Aborygenów w Europie, aczkolwiek mają się oni do tych poznanych przez
nas w Australii jak Murzyni do Eskimosów. Co jeszcze Baskowie... Może
dwie rzeczy: mężczyźni mają swoje kluby kulinarne, w których każdego
tygodnia spotykają się, aby wymyślać nowe potrawy, czasem coś
popieprzyć, czasem coś... posolić. Kobiety z reguły wstępu nie mają,
mówi się przecież, że najlepsi w kuchni są przecież właśnie panowie i
to nie tylko podczas wyciągania piwa z lodówki. Druga sprawa to sporty
narodowe, uprawiane przez Basków: jai alai (pelota), aizkolatiza
(rąbanie drewnianych bali), harrijasotzea (podnoszenie kamieni),
soka-tira (przeciąganie liny) i uwaga, uwaga - segalaritza (koszenie
trawy). Jeszcze obieranie ziemniaków i dłubanie w nosie i można by
olimpiadę robić. Cóż, zajechaliśmy do Bilbao w samo południe, z Madrytu
4h 40', niestety drogo (25 euro). Bilbao to wypas. Niby to przemysłowe,
niby to byle jakie ma być, ale dla mnie rewelacja. w 1997 roku
zbudowano tam kosmiczne Guggenhaim Museum - do zachwycania się tylko od
zewnątrz, nie ma co się zagłębiać do środka, tylko dla koneserów. To
tak jak z piękną modelką, wystarczy się napatrzeć i basta, życia z nią
układać sobie nie trzeba. Muzeum zagrało w jednym z ostatnich "Bondów"
- z gracją Pierce Brosnan skacze gdzieś z jego okolic, oczywiście w
krawacie i Hugo Bossie. Zdjęcia będą dzień lada. Z okresu muzeum Bilbao
wygrało jeszcze rzecz jedną - rewelacyjne metro, funkiel nówka, ledwie
śmigane, jeśli chodzi o infrastrukturę chyba najlepsze jakie widziałem.
Kosmiczne tunele, eleganckie pociągi dojeżdżające na plaże!, czemu nie
w Krakowie, mieście od Bilbao na pewno większym. Na plażowanie w
Baskonii można spuścić zasłonę milczenia - obecnie 17 stopni wody i 23
powietrza.
Pożegnawszy Bilbao ruszyliśmy do San Sebastian, ok. 80 km na wschód,
tuż przy francuskiej granicy (6,40e). San Sebastian to kurort rodem z
Lazurowego Wybrzeża, wzdłuż położonych w centrum miasta plaż stoją
wytworne kamienice z XIX wieku. Na plaży ścisk, to już zatoka, więc
woda o parę stopni cieplejsza, można powiedzieć, że idealna. Trochę
tylko za dużo roznegliżowanych staruszek, istna geriatria. Generalnie
jednak SanSe, jak mówią miejscowi, to bajka dla chcących posmakować
trochę wielkiego świata sprzed lat stu, szkoda tylko, że ceny nie
obowiązują z tego okresu, San Sebastian jest najdroższym miejscem jakie
w Hiszpanii dane nam było odwiedzić. Nie pozostało nam nic innego jak
zabrać się do Madrytu (29e) i po prawie 6 godzinach zameldować się w
naszych kwaterach. I to by było na tyle opowieści z Hiszpanii, siedzimy
tym razem w innym kraju na H - Holandii. Przywitało nas dwóch
kochających innaczej, wręczyło po tulipanie i zapytało czy nie mamy do
adopcji jakiegoś malucha. My odpowiedzieliśmy, że nie, a oni, że
zapraszają na skręta. My im na to, że nie, bo zrobimy im eutanazję...
Holandia=patologia! Jutro pojawi się odpowiednia galeria i zamknie się
tą całą Hiszpanię na amen, bo ciągnie się opowieść z Hiszpanii jak krew
z nosa.
Co ma wspólnego Real Madryt i św.Teresa? (19.VI.07)
Za nami
ostatnia kolejka ligi hiszpańskiej. Jak pewnie kibice piłkarscy wiedzą
decydowała o mistrzostwie. Pomimo telewizyjnych zapowiedzi, strachach
na lachy o kibicach sprzedających karnety za 400 euro ruszyliśmy na
Santiago Bernabeu. Pod stadionem mnóstwo sępów, już nie mieliśmy
monopolu jak w poprzednich kolejkach. Byli przedstawiciele różnych
narodowości, jak zwykle wielu Najnowszych Europejczyków, braci Bułgarów
i Rumunów. Niestety, ochrona w ten dzień była szczelna, z ciekawszych
akcji należy zanotować bezczelne przeskakiwanie przez bramki, gdy za
nimi stoi tłum ochroniarzy czy też wspólny wysiłek włożony w
podniesienie jednego z kibiców, ułatwiające mu wejście przez lukę na
poziomie drugie piętra. Wielu wejść się udało, nam pozostało krążenie
naokoło stadionu i nasłuchiwanie odgłosów kibiców. W 75 minucie w końcu
uśmiechnęło się do nas szczęście. Bramy były szczelnie pozamykane,
tylko wychodzący mogli je jakoś otworzyć, ale jako że nikt z ochrony
nie zakładał, że ktoś może w tak ważnym momencie wychodzić (1:1), nie
pilnowała więc ona bram. Wystarczył moment, aby 10 osób wtargnęło do
środka, w tym my. Rozbiegliśmy się w ucieczce, ochrona próbowała nas
wszystkich wyłapać, ale zniknęliśmy w tłumie 80 tys. ludzi. Ledwie
pojawiliśmy się na boisku, a Real... strzelił 2 bramki i zagwarantował
sobie mistrzostwo. To nie jest przypadek. Po meczu wybuch radości,
odśpiewany na wszystkie strony hymn Realu,
nieśmiertelne "We are the champions" i całkiem fajne show. Mimo że
jestem kibicem Barcy, to tak i tak Barca jeszcze tych tytułów nazbiera
setki, a my na fecie Mistrza Hiszpanii możemy już nie być. W świetle
więc tych dywagacji dobrze się stało, że Real zdobył mistrzostwo.
Żegnający się z Realem David Beckham zarobił kolejne punkty do swojeo
image'u, oprócz niezłego piłkarza, zadbanego kolesia, początkującego
aktora (na trybunach tuż koło nas Tom Cruise i Katty Holmes) dołączył
wizerunek idealnego ojca - po meczu biegał po murawie w towarzystwie
trzech synów, powiększając grono wielbicielek o stateczne, ułożone
kobiety. Cała ta fiesta trwała może ze 45 minut, wykrzyczano wszystkie
mistrzostwa, jakie zdobył już Real (a jest ich 30-ci), wyrecytowano
kadrę, po murawie latała jakaś ogromna piłka, wszystko to w sumie w
stylu wiślackim, ale jednak na 80 tysięcznym stadionie wygląda to
trochę lepiej... Po meczu wszyscy na Cibeles, parafrazują "wszyscy na
Rynek". Trasa ze stadionu ma ze 3 km, pokonało je ok. 200 tys.
młodzieńców i panien, a także starszych osobników jak my. Żadnych
większych burd, ciekawe skąd informacja na gazeta.pl o ponad stu
rannych, ale widocznie nie ogarnęliśmy tego wszystkiego. O wpół do
pierwszej na scenę przybyli piłkarze, entuzjazm tłumu sięgnął zenitu,
gdy w odkrytym autobusie nadjechali piłkorze. Parę rundek, każdy coś
mądrego powiedział i zaczęła się fiesta, ciekawe jak z frekwencją w
pracy i w szkole w poniedziałkowy poranek? Tydzień wcześniej wizyta w
Avili. Fajne te miasta w Hiszpanii, w każdym coś ciekawego, w każdym
można trochę posiedzieć, są ich tysiące, a nawet setki :) Taka właśnie
jest Avila, miejsce żywota św. Teresy, która naprawdę była nieźle
zakręcona już od początku swojego życia. W wieku lat kilku w ostatniej
chwili została znaleziona przez swojego wujka, gdy poza murami miasta
chciała złożyć ofiarę ze swego życia nadjeżdżającym Arabom. Potem
wstąpiła do klasztoru, całe swe życie spędzając praktycznie w Avili, u
swego boku mając wiele naśladujacych ją dziewcząt. Ponoć te najbardziej
krnąbrne Hiszpanki przywozi się teraz do Avili, aby spłynęła na nie jej
łaska, ale wątpie czy to pomaga. Po śmierci stała się wraz ze św.
Jakubem z Composteli patronem Hiszpanii, jej palec (albo i całą rękę)
przy łóżku trzymał sam wielkie dyktator Franco. Na szczęście i żeby mu
się wiodło. Mury obronne w Avili to ciekawa rzecz, z nich słynie
również przecież Avila. 2 km obwodu, doskonale zachowane, XI wiek, 88
wież. Sporo romańskich kościółków w środku dodaje miastu uroku,
aczkolwiek trochę jest opuszczone, ludzie wynieśli się poza mury. Co do
św. Teresy, była ona mistyczką, ale miała również ciekawe powiedzonka.
Jednym z nich jest: "życie jest jak noc spędzona w podłej gospodzie".
Optymistyczne. Gwoli sprawiedliwości, dojazd do Avili z Mendez Alvaro,
11 euro, ida y vuelta. To już przedostatnia notka jaką tu płodzę w
Hiszpanii. Ostatnia dotyczyć będzie prawdopodobnie Kraju Basków, do
którego zawitamy na dwa dni od środy, aby znów rozpocząć pokojowe
rozmowy z ETA. Zwróciliśmy mistrzostwo Realowi, czemu nie mamy zwrócić
pokoju Hiszpanii? A co łączy św. Teresę z Realem? Nic, tyle tylko, że
znaleźli się w jednej notce.
Dochodzą do mnie głosy, że relacja stała się zbyt słodka i ułożona. Że
ciągle tylko gdzieś jedziemy, podróżujemy, uczymy się. Tak, to prawda,
nie samym dniem człowiek żyje, po zmroku często wychodzą z niego
demony. Weźmy taki czwartek. Przed 22 ruszamy metrem, kolejką,
autobusami czy też taksówką (Szwedzi, Anglicy i inne bogate,
rozpuszczone narody) do miejsca zwanego Pasion. Pasion to
bar-dyskoteka, można powiedzieć, że spelunowata, jej wielką zaletą jest
to, że od 22 do 24 w czwartki właśnie serwuje darmowe piwo dla
zagranicznych studentów. W Polsce takie akcje nie miały by prawa bytu,
już od 20-tej złota młodzież szturmowała by bramy, by o 22-giej dokonać
ostatecznego zadeptania i zdemolowania. Tutaj przychodzimy o czasie i
pusto. Szok! Piwo ma 0,3 L, otrzymuje się je za okazaniem dowodu
tożsamości. Ostatnio gościem w Madrycie był Michał Hajec, popularny
Haju, on z korzystał z promocji okazując polskie prawo jazdy, chodziło
pewnie o propagowanie akcji "piłeś, nie jedź!" Oczywiście rekord
spożycia należy do naszych, jeden z Erasmusów z Madrytu o polskim
obywatelstwie ograbił bar na 3 litry złotego płynu. Ok. 23 do baru
zaczynają napływać pierwsi amatorzy nocnych wrażeń, jak zwykle chłód
wyczuwa się w kontaktach polsko-niemieckich, niepowagę w relacjach
włoskich, cieszą mnie też młodzi Meksykanie, których rodzice dopiero co
dostali azyl w USA, a oni już nazywają się Amerykanami, zapominając
nawet nagle jak mówi się po hiszpańsku. Generalnie dużo kręci się
również Angielek, które słusznie obok Holenderek noszą dumne miano
najbrzydszych dziewcząt świata, będąc przy tym nieprawdopodobnie
bezczelnymi. Po 24-tej opuszcza się Pasion i idzie na ulicę Huertas.
Masę tam różnych lokali, pod każdym z nich naganiacze, oferujący
przeróżne promocje (2 drinki za 10e, czy to już promocja?). Ich lokale
świecą jeszcze pustkami, więc aby zapełnić je, oferują darmowe
"chupitos" wewnątrz. "Chupitos" to małe shooty, z reguły jakiś
likierek, czasem tequilla lub po prostu najgorszy alkohol w lokalu.
Wchodzi się do takiego baru, wypija i idzie dalej, pozostawiając
niepocieszonych barmanów. Na Huertas w sprzyjających okolicznościach
można skorzystać z 10 takich okazji. Dla tych o słabej głowie o tej
porze wieczór może się kończyć. O 1.30 odjeżdża ostatnie metro, można
się więc nim zabrać, mając pewność, że na pętli ochrona cię wyprosi z
wagonu. Ci o grubych portfelach udają się do Palacio Gavira, lokalu tuż
przy Sol, prowadzonym przez ruską mafię, wystrój w stylu egipskim,
młodzi piszczą jeśli zostaną wpuszczeni przez ochronę mówiącą w języku
Dostojewskiego, o obwodzie ramienia (ochrony, nie Dostojewskiego)takim
jak obwód mej klatki piersiowej. Głupie to takie, bo ochroniarze
wpuszczają wszystkich, jedynym warunkiem jest posiadanie 12 euro w
kieszeni. My czasem wpadamy tam w poniedziałek gdy wracamy do domu,
jest wtedy promocja, choć niezbyt wielu z niej korzystających w środku
:) Można się jeszcze przejść do Reina Bruja - kolejnego "kultowego"
miejsca, gdzie większość tańczy o suchym pysku, a 50-letni panowie
szukają tam kobiet swojego życia. Sądząc kogo zaczepiają podejrzewam,
że szukają młodych dziewcząt do adopcji, prawda? Przejście do Reina
Bruja wiążę się z przejściem przez calle Montera. Ulicy prostytutek,
90% z Rumunii i Bułgarii (witamy nowych członków Unii Europejskiej!).
Przykry to widok, dziewczyny stoją tam 24 na 7, co poniektórym patrzy
nawet dobrze z oczu, choć sporo to zdegenerowane pannice. Panie z
Bałkanów stoją spokojnie, gorsze są cholery z Afryki, nachalnie
wciskające swoje usługi, o czym przekonać mógł sie właśnie kolega
Hajec, otoczony przez takie panie z Czarnego Lądu :). Na calle Montera
stoi zawsze policja, jest więc względnie bezpiecznie, zamontowano
również kamery, obrzydliwi koledzy z Polski sugerowali, że w końcu
będziemy mogli skąd im pomachać. Nigdy w życiu :) gałgany jedne, my tam
nie chodzimy. Pokonawszy te przeszkody można nocnym autobusem wrócić do
domu, choć dla niektórych wybranie jednego z 21 autubusów
odjeżdżających o tej samej porze w różne strony Madrytu z Plaza de
Cibeles jest o godziniej czwartej nad ranem wielkim wyzwaniem.
Reasumując - życie nocne w Madrycie dostępne jest dla każdego i można
je przeżywać za kwoty z zakresu 0-100 euro. I za obie te kwoty równie
łatwo można to zrobić.
Granada (11.VI.07)
Do Granady przybyliśmy autobusem z
Algeciras (19 coś tam euro). Dworzec ulokowany kawałek od centrum,
trzeba tam wziąć autobus, co jest z reguły ewenementem w miastach
hiszpańskich średniego rozmiaru. Przybywamy znów do Polki z HC, po raz
kolejny Wrocław, nie wiem kto z tego miasta żyje tam jeszcze, prawie
wszyscy Polacy spotykani za granicą to Wrocławiacy, przekonani o
wyższości tegoż nad Krakowem. No cóż, niech żyją dalej w tym zakłamaniu
:). Granada aspiruje do listy nowo tworzonych 7 cudów świata
(www.new7wonders.com), gdyby nie wszechobecna w Hiszpanii kampania,
nigdy byśmy o istnieniu takiej idei nie wiedzieli. Głosuje się te cuda
na stronie, mimo że piękne to bardzo, to jednak Granadę, a dokładniej
Alhambrę mogę umieścić na miejscu... ósmym. Granada swą świetność
osiągnęła między X a XV wiekiem, będąc pod panowaniem Maurów, miastu
nie brakowało wtedy ptasiego mleka, jeśli nie trzeba martwić się o
sprawy przyziemne i materialne, można wziąć się za jakąś "niepotrzebną"
robotę, tzw. hobby. Zbudowano więc Alhambrę, pałacowy zespół na
wzgórzu, podeprzyjmy się słowami z przewodnika i murów Alhambry: "Nie
ma w życiu większego cierpienia niż oślepnąć w Granadzie",
"...szczytowe osiągnięcie wyobraźni i artyzmu...", "...pomost między
umysłowością Orientu i Zachodu...", itp. itd. Nam pozostaje powiedzieć,
że rzeczywiście ładne to jest. Aby dostać się Alhambry, trzeba stawić
się przed kasami najpóźniej o 8 rano. Schowana jest bowiem w kasach
ograniczona liczba wejściówek, kolejka ustawia się już mocno przed
7-mą, po 9 można wracać do domu i obejrzeć Alhambrę na necie, bo na
żywo na pewno już nie. Z nas najwcześniej rano obudził się Łukasz, choć
i tak miał z tym wielkie problemy. No ale lata odsiadki w Fox River
zrobiły swoje, dyscyplinę ma chłopak wielką. My ruszyliśmy w pościg
kilkanaście minut później, stało się tak po polsku - wpuścił nas do
kolejke. Bilety już były nasze (10 euro nie nasze), w środku gęsto od
ludzi, ciężko o dobre zdjęcie, aż strach pomyśleć, co by było gdyby
bilety sprzedawali bez ograniczeń. Pałace pełne ukrytych fontann,
dziedzińców z sadzawkami po środku, ściany pokryte złotem i mozaikami -
może się Alhambra spodobać. Szczególnie wrażliwym i sentymentalnym
nastolatkom, które łatwo wpadają w zachwyt. Ale nawet my, cyniczni
młodzieńcy z Krakowa, musimy przyznać, że Granadę będąć w Hiszpanii
trzeba odwiedzić! Trochę wprawdzie spaprali to wszystko królowie
hiszpańscy, Izabela Katolicka i Ferdynand, dobudowywująć pare gadżetów
w stylu włoskiego renesansu, ale jednak arabski charakter całego
kompleksu pozostał nienaruszony. Wyjechaliśmy z Granady o godzinie 16,
wcześniej korzystająć z przyjemności jakie dają w Hiszpanii bary tapas.
Za 1,20 euro kupujesz piwo (0,2 L, tzw. cana), do tego dostajesz
przekąski - oliwki, orzeszki, czipsy, bagietki z szynką. Bywa, że
czasem można się za to 1,20 euro porządnie najeść, trzeba tylko
wiedzieć, który barman dysponuje wielką szczodrością. Dowiedziawszy się
jeszcze, że w Granadzie ciężko znaleźć robotę i że wielkie pieniądze
można zrobić tylko w stolicy albo na wybrzeżu, ruszyliśmy do Madrytu
najlepszym autobusem jakim kiedykolwiek jechałem - 2 ostatnie rzędy
wymontowane, w ich miejsce 4 siedzenia i stolik, można się poważnie
rozłożyć. Myślę, że tym autobusem podróż do Polski dałoby się
przetrzymać, nie dane nam tego "niestety" będzie sprawdzić - do Polski
lecimy zapchanym fotelami Ryan'em. Cena za przejazd 420 km z Granady do
Madrytu to 15 euro, wyszło więc ok 15 zł za 100 km. Cena to przyzwoita,
stawiająca przejazdy w Hiszpanii w dość dobrym świetle. W Madrycie
czekał już na na finał Ligi Mistrzów i nadzieja, że Dudek na swoim
blogu zostawi wiadomość, że Rafa Benitez chce go wpuścić na "Dudek
danse", nie udało się, ale po 10 dniach podróży znów zamelinowaliśmy
się swoich dziuplach w południowych rewirach Madrytu i tylko to się
liczyło. :)
Przedostatnia już galeria: Gibraltar i reszta bandy (7.VI.07)
Ucieszyliśmy
się serdecznie gdy prom wylądował w Hiszpanii, zdając sobie jednakowóż
sprawę z tego, że to koniec naszego wojażu po Czarnym Lądzie. Był 22
maj, południe Hiszpanii, Andaluzja i co? I dżiajidżo, bo przed nami
ściana wody sięgająca nieba, a na nas z konieczności polary. 13 stopni
o tej porze roku w tym miejscu??? Kabaret. Z Algeciras, bo tam
wylądowaliśmy, ruszyliśmy autobusem do La Linea de La Concepcion -
granicznego miasta z Gibraltarem. Po 40 minutach na miejscu, nocleg u
Polki, która podobnie jak tysiące innych typów w Linea mieszka,
codziennie przez granicę przechodząc do pracy na Gibraltarze. Gibraltar
to dziwne miejsce. W 1704 roku został przejęty przez Brytyjczyków,
którzy mieli dzięki temu strzec swoje okręty przed atakami piratów. W
czasie przejęcia postawili ultimatum miejscowej ludności - mieszance
Arabów i Hiszpanów. Albo spadacie stąd do Hiszpanii, albo przechodzicie
pod władzę królowej. Mówi się, że Ci co mieli honor wyjechali, a
zostały szumowiny i sprzedawczyki, których potomkami są dzisiejsi
Gibraltarczycy. To dziwni ludzie, nawet język mają oryginalny,
mieszankę angielskiego, hiszpańskiego i arabskiego, ciężko zrozumieć
ten twór. Noc więc spędziliśmy w La Linea, nasza gospodyni zapomniała
wspomnieć swoim współlokatorom Polakom, że będziemy jej miłymi gośćmi.
Podczas naszego snu w salonie nagle do pokoju wtargnęli z imprezy
niczego nie świadomi nasi rodacy. Światła nie zaświecili, zobaczyli
więc leżące w różnych miejscach postacie. "Co jest ku...a?!?" -
rozległo się z ich przestraszonych gardzieli. "Witajcie w małej Polsce
na Gibraltarze" - pomyśleli Jacek, Łukasz i Marcin.
Rano śniadanie u sympatycznego masarza, który do zakupionych przez nas
bagietek wrzucił trochę wędliny i przekroczyliśmy granicę Wielkiej
Brytanii. Granica na machnięcie, któryś z nas pokazał paszport do góy
nogami, tuż za granicą ciekawa sprawa - do przekroczenia jest pas
startowy, który zamykają chyba w czasie lądowań, a który zajmuje całą
szerokość Gibraltaru (The Rock jak się go po prostu nazywa, z racji 425
metrowej skały górującej nad miastem). Samoloty lądują ok 6 razy
dziennie, więc powiedzmy, że odcinanie Gibraltaru od reszty świata tyle
razy na dzień jest wybaczalne. Co sobą ten teren reprezentuje?
Architektonicznie z nóg nie powala, uboga wersja tego co widać w
Wielkiej Brytanii - katedra, wąskie, niskie kamienice, trochę
wiktoriańskiego stylu. Na końcu baza wojskowa, z której Angole
kontrolują to co się dzieje w Cieśninie Gibraltarskiej, ale bardziej
myślą pewnie o tym, że niedługo polecą na "tanie chlanie" do Krakowa.
Największą atrakcją są na Gibraltarze małpy. Jedyne w Europie żyjące na
wolności, zwią się makakami. Aby je zobaczyć, trzeba wspiąć się w górne
rejony skały, tzn. większość turystów dojeżdża tam busem, dla nas
angielskie ceny nie są do końca akceptowalne, więc wybraliśmy nogi.
Legenda głosi, że dopóki na Gibraltarze małpy będą istniały, dopóty
Anglicy będą nad terytorium tym panowali. Na razie jest z nimi dobrze,
Łukasz dysponuje filmem, który pokazuje jak bardzo mają się małpy ku
sobie. Cóż, zwiedziwszy jeszcze wojskowe tunele można się z Gibraltaru
spokojnie zmywać. My przez Marbellę, najbardziej luksusowy kurort na
Costa de Luz, gdzie jeździ więcej Rolls Royce na osobę niż w Londynie i
Hongkongu, gdzie mafie rosyjska, włoska i chińska urządzają wspólne
wieczorki taneczne i gdzie wydaje się, że liczba pól golfowych zmierza
do plus nieskończoności udaliśmy się do Grenady (19 e za bilet), gdzie
mieliśmy na własne oczy zobaczyć, czy warto umieścić Alhambrę na nowo
tworzonej liście cudów świata....
Casablanca-Meknes, czyli nikt się głośno nie przyznaje, ale wypatrujemy Hiszpanii (2.VI.07)
Z samego rana, czyli ok. 12 ruszyliśmy do Meknesu. Na dworzec wzieliśmy
taxi, oprócz starych beczek mercedesów (grand taxi), w Maroku znalazły
schronienie wszystkie Peugeot 205, niechciane już w Europie (petit
taxi, z reguły tańśze, z bagażnikiem na plecaki na dachu). Jedziemy na
licznik, o dziwo kierowca nie kluczy i okazuje się, że za 4 km płacimy
7 DRH, czyli ze 2,50 złotego. Dzień wcześniej pokonywaliśmy tą trasę na
gębę i kierowca zarzekał się, rwał włosy, wzywał Allaha i Matkę Boską
Częstochowską na świadków, błagał o litość - ponoć stawka 20 DRH
powodowała, że musiał dokładać do interesu i wieźć nas charytatywnie.
Tak że polecamy jazdę w Maroku na licznik, aczkolwiek czasem
zostaniecie wyproszeni z pojazdu, bo kierowcy na licznik jechać nie
będą chcieli. Za pociąg do Meknes płacimy 86 DRH, mało kto patrzy z nas
na jedzenie, jedziemy o przysłowiowym chlebie (notabene dość smaczny,
objawia się w Maroku pod postacią placuszka) i wodzie. W Meknes o dziwo
naciągactwo na bardzo niskim poziomie. Taksówkarze odpuszczają od razu,
hotelarze nie zatrzymują na siłę, spokojnie spacerujemy po nowej
dzielnicy szukając jakiegoś hotelu. Znajdujemy trójkę za 180 DRH,
czekawszy w recepcji zanim gospodarz odmówi modły w kierunku Mekki
(pomimo Islamu rzadki to widok w Maroku). Marcin pasuje, spędzając
wieczór na tronie (Meknes to bardzo królewskie miasto, niejaki sułtan
Mulaj Ismail uczynił go nawet kiedyś marokańską stolicą, do medyny
wiedzie wiele ładnych i oryginalnych bram, tradycyjnie miasto
podzielone jest na część berberyjską, sprzed kilkuset lat i na nową
część francuską, z czasów kolonii francuskiej). Przechadzając się z
Młodym po medynie trochę kluczymy, dołączają się do nas 12-letnie
zuchy, które koniecznie chcą nam pokazać miasto. Wierzyłem w ich
dziecinną niewinność i bezinteresowność, wyglądały na takie, co chcą
pogadać, zaprosiłem na sok pomarańczowy, te odmówiły, na końcu
wyciągając nieskalane grzechem łapki po kasę. Biłem się chwilę z
myślami, zadecydowaliśmy w końcu, że mogą dostać 10 DRH (3,50 zł) na
dwóch. Nikt ich nie zapraszał na zwiedzanie, nikt niczego nie
obiecywał, więc uznaliśmy za niewychowawcze płacenie po euro na głowę,
bo tyle oczekiwali nasi bohaterowie. Z radością zauważywszy znajome M,
zachwalane przez samego Ronalda, zasiadamy do skromnej wieczerzy... O
poranku dnia następnego ruszamy na Volubilis. Jedziemy ok. 30-40 minut
grand taxi, za chyba 10 DRH za głowę. Grand taxi jak już mówiłem to
beczka mercedes, która zabiera na pokład sztuk 7 (3 z przodu, 4 z tyłu)
i nie rusza wcześniej niż się nie wypełni, chyba, że ktoś opłaci dwa
miejsca, ale wtedy i tak kierowca kogoś po drodze dorzuci. W
miejscowości 3 km od Volubilis, której nazwy nie pomnę, trzeba
przesiaść się na taxi kolejne, tym razem chyba 30 DRH za komplet.
Jedziemy w trójkę, za osobę wychodzi nas więc tyle samo co za 30 km z
Meknes! Do Volubilis ja z Łukaszem wchodzimy za free, wmieszawszy się w
niemiecką wycieczkę, Marcin się nie załapał i zapłacił za wstęp 10 DRH.
Volubilis w 45 r. przeszło pod rządy Rzymian, z tego okresu pozostają
widoczne w tym pięknym miejscu budowle (np. łuk triumfalny). Tzn.
sterty kamieni, tam nic nie ma, przepraszam za śmiałość, ale nie wiem
po co UNESCO firmuje tego trupa, niech lepiej dorzuci coś na Kraków
kochany :) Zawracamy po wszystkim do Meknes, prywatnym Renault jakiś
klient podwozi nas do Meknesu (wyszło tyle co za grand taxi), gdzie
poznajemy chłopaka z Kanady, który Marokiem jest zachwycony (wybaczamy,
first time out of Canada). Wycieńczeni żołądkami, spalinami i
monotonnośćią ruszamy dalej, tym razem Szefaszwan, ale
niestety albo i stety trochę nam się rozkłady nie dogrywają i do
Szefaszwanu musielibyśmy podróżować z noclegiem po drodze. Pada hasło,
że olewamy Szefaszwan, trochę szkoda, bo ponoć to jedno z piękniejszych
miejsc w Maroku, ale już nic nas w tym kraju nie cieszy. Wybieramy
pociąg do Tangeru, portu łączącego Afrykę i Europę, na który ponoć
chrapkę mają Chińczycy, chcą go przebudować, wyposażyć, unowocześnić,
aby z tej strony zrobić desant tanich skarpetek, długopisów, notesików
z Harry Potterem i innych. Tangerem straszy się dzieci, gdy te są
niegrzeczne. Się mówi: "Jak nie zjesz tej kaszki, to wywiozę Cię do
Tangeru", "wszędzie dobrze, ale w Tanger'rze źle", "kto pod kim dołki
kopie, ten do Tangeru wpada". Nawet doświadczeni podróżnicy z
Travelibtu opisywali to miasto pełni odrazy. Nas jednak Tanger nie
odrzucił, może podczas pożegnań człowiekowi serce robi się bardziej
wrażliwe. Dworzec kolejowy to nowoczesna budowla, wprawdzie do portu
taksówkarze nie chcieli nas zabrać na licznik (skończyło się na 30 DRH
na gębę), jednak już w porcie znaleźliśmy szybko nasz hotel. Gospodarz
wziął po 4 euro za głowę, coś nas tam oszukał, ale na końcu dał dwie
dobre rady: "Tanger good, but people in Tanger very bad" i "Tanger -
jungle", prosiwszy nas o schowanie się do recepcji, gdyż siuśki z ulicy
już czekały z całą gamą towarów dla nas. "Haszisz maj frjend?",
"Marihuana, speszial prajs for ju maj frjend", "Polska? Ja mieć kobiety
dla was"... Ofert było bez liku, sprawdziliśmy te, które mieliśmy w
planach - prom z Tangeru do Algeciras kosztował 41 euro, podczas gdy
studencki z hiszpańskiej Ceuty do Algeciras tylko 26 euro. Po porannym
zwiedzaniu miasta wsiedliśmy w autobus do granicznego miasta z rzeczoną
Ceutą - hiszpańską enklawą w Afryce - cena 20 DRH, 2 h podróży. Do
granicy trzeba jeszcze wziąć taxi, pod granicą urocze typki proszące o
niewydane w Maroku dirhamy i tzw. asystenci, którzy biegną do Ciebie z
kartami wyjazdowymi z Maroka, z długopisami i z wielką chęcią pomocy
"wydostania" się z tego pięknego kraju, jakim "niewątpliwie" jest
Maroko :). Dziękujemy im za współpracę, pisać sami umiemy, do okienka
też podejść możemy, po raz ostatni patrzymy wstecz na krajobrazy
Maroka, gdzie każdy z nas stracił nie jeden kilogram... Mieliśmy w
Maroku spędzić dni 9, wyszło równe 7, bardzo to relatywnie niewiele,
ale dla nas wystarczająco. Dodatkowe więc dni postanowiliśmy oddać
Gibraltarowi i Granadzie.
Kolejne dwa dni w Maroku (29.V.07)
Po pobycie w najtańszym
hotelu w Maroko przed oczami stanęły nam zielone szkoły i kolonie z
dzieciństwa - takie bowiem warunki tam panowały. Zjadłszy śniadanie,
które najbezpieczniej kupować w Maroku w cukierniach (rogaliki i
drożdżówki naprawdę niezłe, ceny trochę niższe niż w Polsce) można
zaryzykować i kupić jakiś owocowy koktajl (5-10 DRH) w ulicznych
straganach. Ryzyko nie jest chyba zbyt wielkie, bo dolewają do tego
kefirek z kartonu, a i owoce wyglądają niezgorzej, ale to przecież
Maroko, a nie Szwajcaria. Jeszcze tylko Marcin przejechał prawie
parkingowego (przez to naciągactwo nie wiadomo kto legalnie, a kto
nielegalnie pobiera w Maroku opłaty, lepiej więc nie płacić nikomu) i
ruszyliśmy na wodospady. Jadąc drogą przez góry co chwilę zatrzymywały
nas dzieci, które łapały stopa w drodze ze szkoły, ale jechać z nami
nie chciały, widocznie mamy zabroniły im zabierać się ze wstrętnymi
białymi (pedofilia). Rozdaliśmy parę waflów popularnych i dotarliśmy po
2-3 godzinach na wodospady. I tam znów naciągactwo - mimo że wodospady
są zaraz tuż przy parkingu, pojawiła się grupa przyjaciół, która
koniecznie chciała nas tam zaprowadzić. W końcu skusiliśmy się na
obietnicę jakiegoś Hasana, który za kwotę 1,50 euro zaprowadził nas do
fajnego naturalnego basenu i nawet 2 godziny tam z nami siedział,
przyglądając się jak z Marcinem próbujemy wpłynąć pod wodospady. Niech
sobie coś kupi ładnego za te 1,50 euro i niech nie wyda od razu. Co
można powiedzieć o tych kaskadach: nic nie można, lepiej obejrzeć je na
fotografiach. Podjęliśmy decyzję, że wracamy do Marrakeszu na wieczór,
rozłożywszy się na tylnym siedzeniu co chwilę słyszałem rozlegające się
komentarze z przednich foteli: "co za koleś!", "jak można wyjechać
kombajnem bez świateł!", "uciekaj jeśli Ci życie miłe!", "o fak,
widziałeś go, bo ja nie!". Marokańskie drogi, mimo że niezłe
jakościowo, wypełnione są wieloma niespodziankami. W końcu po 1450 km w
niecałe 3 dni oddaliśmy nasz samochód w hotelu w centrum Marrakeszu,
nikt specjalnie nie zainteresował się jego stanem, wykorzystawszy go
wcześniej do wizyty w nowej dzielnicy w McDonald , która to
"restauracja" w Maroku jest uznawana za eksluzywną, z ceną prawie 4
euro za zestaw (niewiele mniej niż w Hiszpanii.) Następnego dnia
rankiem spacer po Marrakeszu i w końcu o 13 wyruszyliśmy z dworca
głównego pociągiem do Casablanki (84 DRH, 3 h jazdy, cena podobna jak
autobusu, kilka kursów dziennie). Pociąg w Maroku to wypisz wymaluj
nasz skład niech będzie do Łodzi, z reguły wszystkie miejsca zajęte,
pierwsi niecierpliwi wskakują do niego jeszcze na długo przed tym, nim
się zupełnie na peronie zatrzyma. W pociągu nawiązaliśmy kontakt
operacyjny z miejscowymi studentkami zarządzania i marketingu, okazały
się otwarte na przybyszów z bogatej Europy, ciekawym świata okazał się
inny wspołtowarzysz podróży, która pytał jak się ma Lech Wałęsa i czy w
ogóle żyje. Podróż do Casablanki to w sumie przyjemna sprawa, sama
Casablanka już tak przyjemna nie jest. Post kolonialne francuskie
zabudowy mocno już podupadają, na ulicy ruch wielki, słodko-mdlisty
zapach spalin otacza cię, niby sporo w tej Casablance powinno być, ale
nie spotykamy nawet Humpreya Bogarta. W tej francuskiej kolonii, w tym
mieście szczególnie w czasie wojny schroniło się wielu francuskich
obywateli, to tu do baru Humpreya weszła Ingrid Bergmann i ten
wypowiedział popularne dość słowa, o których wspomniał znawca
melodramatów Marcin: "do wszystkich barów w Casablance musiała wejść
właśnie do mojego". Cóż, więcej romantyzmu można się było po Casablance
spodziewać. A dostaliśmy 3 mocne strzały: pierwszym była wizyta w
meczecie Hassana, gigantycznej budowili wzniesionej w 1993 roku kosztem
600 mln dolarów, dumie Marokańćzyków, miejscu rzeczywiście opływającym
przepychem i złotem. Jak niewierni nie mogliśmy wejść do środka, nagle
strzegący obiektu strażnik wskazał nam drogę do środka. Pokazawszy nam
łaźnie i coś jeszcze innego zażądał za tą usługę 10 euro. My jak to my:
pusty śmiech, dostał 10, ale dirhamów, dobrze, że skończyło się jak
skończyło, bo mogliśmy dostać 10 batożków, kumple jego bowiem zbliżali
się już do nas. Kolejny kop to medyna - zatłoczona, zabidzona, zawalona
najrozmaitszym dziadostwem. A trzeci kop dawał się nam we znaki przez
następne 2 dni: zatruci przez rybki, które zjedliśmy w całkiem nieźle
wyglądającej knajpie 2 kolejne noce i dni mogliśmy wykreślić z
życiorysu...
Druga galeria z wyjazdu do Maroka (28.V.07)
Dobra, wstalismy
rano w tej calej Merzouga, w pensjonacie razem z nami 7 osob, wszystkie
narodowosci... polskiej. Zdawkowa wymiana uprzejmosci, dobre rady
zawsze w cenie, nie jedźcie drogą S-17, bo tam stoją, co polecacie,
zajebiście, że się spotkaliśmy, itp., itd. Pan Saharyjczyk chciał nam
wcisnąć jeszcze jakąś wycieczkę na wielbłądach na pustynię, 30 euro od
głowy, z nocą spędzoną pod gwiazdami, ale ja mam chorobę wielbłądzią i
z reguły dziękuję za takie atrakcje. Zresztą - Polska wycieczka musi
zrobić z reguły wszystko po kosztach - decydujemy więc, że wielbłądami
zostają MArcin i Łukasz i sami ruszamy z butelką wody w pustynię.
Naszym celem była wydma na horyzoncie - szybko okazało się, że spacer
po prawdziwej pustyni - choćby miała 30 na 8 km jak nasz Erg - to nie
żarty. Idziemy idziemy, pokonujemy kolejne wydmy, ale w ogóle się nie
zbliżamy do celu. Po godzinie odwrót, woda się kończy, wracamy do wsi,
a tam kwintesencja marokańskiego naciągactwa: 2 sklepy, tuż obok
siebie, w promieniu wielu kilometrów żywej duszy, a pod jednym z nich
chłopiec nawołujący do zakupów właśnie u niego. No nic, ruszyliśmy
dalej, choć była dopiero 13ta i prawie 40 stopni w powietrzu - w końcu
pustynia. Jako że Palio był wypożyczony na 3 dni, przez dolinę rzeki
Ziz ruszyliśmy do Marrakeszu, robiąc pętlę wokół Atlasu Średniego.
Dolina Ziz to miejsce urocze, wokół skały, pustynia, brak życia, a w
pasie 100 metrów od rzeki palmy, bujna roślinność i naturalne baseny,
zasilane wodą ze źródeł. Na jednym z nich my, chmara Marokańczyków i
jedna europejska dziewczyna w kąpielowym stroju - obiekt spojrzeń
całego marokańskiego towarzystwa (my skupiliśmy się na pływaniu, mamy
przesyt takich atrakcji). Na koniec dojeżdża nas handlarz dywanów i
innych skarbów Maroka, proponując nam
niezobowiązująca herbatę, "only for pipel from Bulanda".
Niezobowiązująca herbata to ściema, wprawdzie była bardzo smaczna i
ożeźwiająca, ale zaraz zaczęły wyjeżdżać dywany. Przeróżne modele -
latające, kilimy, magiczne, podkominkowe, berberyjskie, nomadyjskie.
Ceny oczywiście z kosmosu, ale w końcu Marcin skusił się na mały
czerowny dywanik - za bodajże 20 euro plus moje dziurawe skarpetki,
które spodobały się handlarzowi! Marokańczycy lubią transakcje wiązane,
częśc zapłaty w gotówce, a część w towarze. W ten sposób Młody stał się
właścicielem pancza i sombrera, które można zobaczyć w galerii -
kosztem zakupu była stara koszulka, z którą emocjonalnie jak sam
przyznał był bardzo związany - zapoznał w niej wiele interesujących
kobiet w różnych miejscach świata. Jak zwykle handlarze mieli
największy problem ze mną - na pytania czy kupię dywany, odpowiadałem,
że nie mam domu, więc po co mi dywan. Na zachęty kupna czegoś dla moich
kobiet odpowiadałem, że kobiety same wiedzą najlepiej co im potrzeba
(co jednakowóż nie jest zawsze prawdą).Na zachęty kupna oryginalnego
berberyjskiego sztyletu czy zapalniczki reagowałem, że oskarże go o
zachęte do zbrodni. W końcu zrezygnowali. Pożegnawszy się, ruszyliśmy w
dalszą drogę, Marcin i Łukasz zastanawiając się po co im to, co kupili
na przemian zachwycająć się okazją, z której skorzystali i przeklinając
własną naiwność :). Naszym kolejnym celem były wodospady Cascade
d'Ozzout, a po drodze do niej minęliśmy dla uwiarygodnienia naszej
relacji Rachidie, Midalt i Beni Melal, w której to miejscowości
zatrzymaliśmy się na nocleg w hotelu wyszczególnionym w Pascalu - w
samym centrum za 25 DRH, niecałe 2,5 euro, najtańszym podczas naszej
wędrówki. Co można powiedzieć o drodze w tamtym rejonie Maroka. Na
przemian góry, serpentyny, handlarze kamieni, miasta z tadżinami, rzeki
i inne głupoty. I co ciekawe, kolejne spotkania z miejscową milicją,
która stoi na każdym większym skrzyżowaniu w Maroko. I zawsze w dwóćh
wersjach: albo piechotą, albo Jeepem Wranglerem. My byliśmy
kontrolowania 4 albo 5 razy, w przeciągu niecałych 3 dni!
Marrakesz opuściliśmy dnia następnego wynajętym Fiatem Palio
nie-Weekend. Koszt najtańszego samochodu w Maroko to 350 DRH (32 e) w
przypadku krótszego wypożyczenia i 300 DRH (27 e) w przypadku
wypożyczenia powiedzmy na tydzień. Ceny za dzień, wszystkie opłaty
lotniskowe już w nie wliczone. Właściciele wypożyczalni zupełnie nie
przywiązują wagi do tego w jakim stanie bierzesz samochód, ani w jakim
go oddajesz, czy zostawiłeś benzynę w baku, czy nie. Cena benzyny w
Maroku to ok. 10 DRH/litr (1e=11 DRH, pamiętajmy), na rzadko których
stacjach można zapłacić kartą. Tak więc po odstawieniu kabaretu na
marrakeszańskich ulicach (nie straszne nam były po samochodowych
doświadczeniach w Libanie), ruszyliśmy przez przełęcz Tischka (2260 m.
n.p.m, Atlas Wysoki) w kierunku granicy z Algierią, gdzie jednym z
celów była dla nas Sahara i zdementowanie plotek i mitów związanych z
nią. Atlas jak góry, nic specjalnego w nim nas nie urzekło, powyżej 2
tys. nagie skały sterczały sobie wesoło, aż po Dżebel Toubkal,
największy szczyt tego pasma (4167 m n.p.m.). Po drodze mieszkańcy tych
ziemi próbowali popełniać harakiri, prób samobójczych widzieliśmy
sporo, rzucali się bowiem hurtowo pod koła nadjeżdżającego Palio,
próbując sprzedać co tam każdy z nich miał. A były to z reguły
geologiczne cuda, ametysty z Księżyca, kamienie, którymi Mahomet
odganiał psy, meteoryty o właściwościach magicznych i inne cuda
niewidy, każde zapewne za "speszial prajs maj frjend, only for ju".
Puściwszy się z góry z przełęczy zapomniałem, że jesteśmy w Maroko,
oazie cywilizacji i prawa na afrykańśkiej ziemi, w pewnym momencie zza
krzaka wyskoczył milicjant i zatrzymał nas i jakiegoś klienta jadącego
przed nami. Przestępstwo: 72 km/h zamiast 60 w terenie zabudowanym.
Kara: 400 DRH!!! (36 e). Zaczęły się targi na migi, od razu
stwierdziliśmy, że nikt "ne parle franse", bo tym językiem trzeba
komunikować się w Maroku. Zapomnijcie o angielskim, hiszpańskim i
polskim, nie wiele można nimi wskórać, aczkolwiek czasami coś da się.
Zaczęły się targi, Marcin jako że pracował kiedyś na Placu Pigalle mówi
co nie co w języku Moliera, ale nie dał po sobie poznać (lata praktyki
w KGB w czyszczeniu kibli). Zastanawiało jak milicjanci potrafili
określić naszą prędkość, jeśli nie mieli radaru. Stwierdziłem, że nie
wierzę w moje przestępstwo, już nie pamiętam w jakim języku, wtedy
milicjant daje mi krótkofalówkę i każe rozmawiać z kolegą, który ponoć
gdzieś tam w tej wiosce siedział i zmierzył nam prędkość. Kabaret i
tyle, zaczęła się 20 minutowa potyczka, oni wyciągają ręce po 40O DRH,
my na przemian, że "no entiendo" i "że no euro, no dirham, no dolars,
etudiantes, Polska very poor country". Atmosfera zaczęła się ocieplać,
milicjant zaczął malować na ręce mi jakieś liczby, najpierw 72, ja na
to 60, potem jakieś kółeczka, itp. itd. Doświadczeni polską
rzeczywistością wyszliśmy z propozycją korupcyjną: 200 DRH, tyle
maksimum mogliśmy poświęcić. Milicjanci chwilę się zastanowili, wzięli
pieniądze i stała się rzecz niesłychana: wydali resztę 100 DRH i
wręczyli pokwitowanie, czyli najprawdziwszy marokański mandat. Mandat
był klasy pierwszej, a nie czwartej jaki początkowo chcieli nam dać, a
wypisany jest na moje nazwisko. A nazywam się, proszę jak Was: Prawo
Jazdy i urodziłem się 22.01.1982 roku :). Mandat sfotografowałem i
umieszczę niedługo w galerii. Pożegnawszy się z sympatyczną drogówką,
straciwszy po niecałe 12 zł na głowę, ruszyliśmy do Ait Benhaddou, tzw.
kazby. Kazby to części ksarów, dawnych obronnych berberyjskich wiosek,
zbudowane i z wielbładziego łajna i trochę z mączki ceglanej chyba,
mają kolor pomarańczowy, przechodzący w brązowy i można sporo ich
spotkać w tamtym rejonie. Ait Benhaddou jest naprawdę imponująca,
zbudowana na wzgórzu, była miejscem kręcenia Lawrenca z Arabii, Jezusa
z Nazaretu i Gladiatora, żeby tylko kilka z tzw. superprodukcji
wymienić. To w Ait Benhaddou Gladiator zaczynał swoją gladiatorską
karierę, zanim sprzątnięto go na arenach Rzymu. Ruszywszy dalej
przedzieraliśmy się przez półpustynny, połgórzysty krajobraz, mijając
kadry znane z "Babela", temperatura dawała się nam coraz bardziej we
znaki, przejeżdżając przez wąwóz Todra i Dades sięgała już ponad 30-tu
stopni. Piękne są to wąwozy, nam się już wtedy ściemniało, więc nie
dane nam było ich zobaczyć w swej pełnej krasie, pustynia czekała.
Przejeżdżająć przez marokańskie wioski i miasta tamtego rejonu trzeba
cholernie uważać, nie ma tam akcji "bądź widoczny po zmroku na drodze",
co chwilę pod koła wpycha się nie oświetlony rower albo motocykl.
Wioski i miaste te dziwne są: z jednej strony arabski syf, brud i
egzotyka, z drugiej anteny satelitarne na dachu i zimna Cola w każdym
ze sklepów. Zbliżając się do Ergu, pustyni piaszczystej, do której
zmierzaliśmy, trzeba było uważać na zasypane piaskiem fragmenty drogi -
przy prędkości 100 km/h jazda jednym kołem w piasku, a drugim po
czystym asfalcie mogła skończyć się klapą. Doświadczenie z Paryż-Dakar
w końcu się nam przydało. Dojechawszy w końcu do oazy w której mieliśmy
noc spędzić, Merzougi, tuż obok Erg Chebii, można było stwierdzić trzy
rzeczy: a) na pustynii jest w nocy ciemno, b) na pustyni jest w nocy
gorąco (gdzie te dobowe amplitudy po 50 stopni, o których opowiadały
nam panie od geografii??), c) w oazach na pustynii w nocy życie często
się musi toczyć, ze względu na upał. Zakopawszy się minimalnie naszym
terenowym Palio w piasku, zostaliśmy więc szybko wylansowani przez
pewnego Saharyjczyka, który wraz z żoną Francuzką prowadził uroczy
pensjonat (50DRH za noc, pensjonat zwie się Isabele i Saharyjczyk
gorąco prosił o jego rozpropagowanie) i na dobry początek zaprosił nas
na powitalną miętową herbatę (wg zwyczju po 3 kolejce herbaty należy
podziękować, czwarta kolejka to ponoć faux paux, czy jak to się pisze).
Znając te zwyczaje (40 lat przeprowadzania karawan przez pustynię),
grzecznie podziękowaliśmy z "szukram" na ustach, udając się na
spoczynek, następnego dnia bowiem czekała już na nas gróźna pustynia -
czyhająca zapewne na nasze niewinne żywota.
Powrót na tarczy z Maroka (24.V.07)
Maroko to syf, kiła i
mogiła. Oczywiście można by się zachwycać tamtejszymi górami, pustynią,
wybrzeżem i "miastami" (tak naprawdę to nie miasta, a sralniki), ale po
co. No dobra, pojechałem trochę po tym Maroku, więc możę kilka słów
ciepłych w tekście na jego temat jeszcze zamieszczę, ale to się jeszcze
zastanowię. Maroko zaskoczyło już na samym początku, dla nas początkiem
było lotnisko w Marrakeszu, spacerując sobie z samolotu do terminalu po
płycie lotniska omal nie zostaliśmy przejechani przez samozwańczego
bagażowego. Odprawa szybka, do Maroka nie trzeba wiz, za granicą czekał
Marcin, dla którego Marrakesz nie miał już żadnych tajemnic, czekał
bowiem na nas już prawie 4 godziny, co wystarczyło mu na przyswojenie
arabskiego na poziomie średnio zaawansowanym, zapomniał tylko, że czyta
się w arabskim od tyłu. Autobusem za 2 euro (kupa kasy jak na Afrykę)
dostaliśmy się może z 5 km do centrum. Zakwaterowawszy się w hoteliku w
medynie (60 DRH = 5,5 euro, generalnie płaciliśmy w Maroko od 25 do 70
DRH za noc, średnia ok. 50 DRH), ruszyliśmy na główny plac Marrakeszu,
miejsce wg przewodników magiczne, a wg nas realistyczne, za dużo tam
rąk wyciągnietych po kasę. Aha, zanim ruszyliśmy, trzeba było
wytargować się o prysznic, bo miał być ponoć za cenę dodatkowych 10
dirhamów. Nie mieściło się to w naszych standardach, ale marokańskie
standardy trochę odbiegają od naszych, proponuję żeby w Krakowie liczyć
dodatkowo za łóżko w hotelu. Wspomniany plac to Dżema el-Fna, na którym
kobry tańczą kankana, a małpy przybijają piątki z przechodniami. Pełno
tam dziwnych grup czy to Berberów, czy to Nomadów, tworzą jakieś kółka,
gibają się w rytm narodowych przebojów, czarownice przepowiadają
przyszłość, wszyscy oczywiście wyciągając ręce po "co łaska".
Odgoniwszy całe to towarzystwo udaliśmy się do pijalni soków owocowych,
które na twoich oczach wyciska sprzedawca (3 DRM = 1 zł). Dobre te
soki, ale żeby nie było zbyt słodko, ma tylko jeden kufel, z którego
się pije, po każdym klieńcie płucze ten kufel w wiadrze z wodą o mocno
podejrzanym składzie (H dwa O to nie jedyny jej czynnik). Marrakesz to
generalnie część stara, z medyną, czyli można powiedzieć starówką, w
której labiryncie można się zgubić, w której sukach sprzedają i
wszystko i nic i część nowa, starająca się naśladować metropolie
zachodnie, z bulwarami, McDonaldem, Sofitelem, smogiem i korkiem w tle.
Nie wiadomo, którą część bardziej polecić, no ale pewnie tą pierwszą,
można zjeść w niej np. niedobrego "tadżina" (gotowana wołowina
powiedzmy z frytkami, narodowa marokańska potrawa), no i na każdym
kroku można kupić dobre, wielkie, okrągłe bułki, jedną z niewielu
rzeczy w marokańskiej kuchni, która mi smakowała. No więc to by było na
tyle na razie, bo zamykają mi bibliotekę, obszerna relacja z Maroka już
wkrótce, Maroko jest jednak nijakie. Ni to europejskie, bo wszystko tam
mają co w Europie, ale jednak są za nią sto lat, ni to arabskie, ale
muezzin śpiewa kiedy chce, alkohol się pije, kiedy się chce, a
dziewczyny odkrywają co tylko zechcą. ;) Eh, czytam to co napisałem i
jednak zbyt surowo Maroko oceniłem, więc w kolejnych odcinkach będzie
miłe słowo dla niego i też.
Kolejna galeria i ostatnie przygotowania do wyjazdu do Maroka (14.V.07)
Klikajac
linka ponizej można przeniesc się do kolejnej galerii, która obrazuje
życie nasze codzienne w Madrycie. Warto przyjrzeć się jak pracujemy,
jak bawimy się, jak przyglądamy się otaczającej nas rzeczywistości :) Z
czystym sercem wyruszamy jutro do Maroka, cały poprzedni tydzień
pracując nad przygotwaniem prezentacji o przyszłości sieci dostępowych.
Prezentacje mogliśmy przygotować po hiszpańsku, skończyło się na
angielskim, bo ta prezentacja pokazała nam dopiero jak ubogi jest
jeszcze nasz hiszpański. Pogadać o dupie Maryny tak, kupić bilet do
metra tak, zrozumieć sens tego co się do nas mówi - też tak, ale
prowadzić naukową konwersację w tym języku - jeszcze niestety nie. Jako
że jutro wyruszamy, to nie wiem jak będzie z relacją, może jej w ogóle
przez ponad tydzień nie będzie, a możę wrzuci coś Szymon Cipol -
tymczasowy opiekun strony. Zobaczymy, w każdym bądź razie my jutro
wyruszamy do Maroka, gdzie zajadać się będziemy daktylami i wędrować po
pustynii na tak zwanych górnlotnie "okrętach pustynii" i pewnie pić
dużo Coca-Coli. Pozdro600.
No to się zaczęło. Pod 30 stopni w ciągu dnia, pozamykane sklepy między
14 a 17, pospuszczane grube żaluzje, działająca w metrze i autobusach
na pełnych obrotach klimatyzacja, dziewczyny zrzucające kolejne
okrycia. Skończyła się zabawa dla grzecznych chłopców w Hiszpanię,
którą mieliśmy od z góry 3 miesięcy, gruba kołudra, zimowa kurtka,
jakieś deszcze i wiatry. Prawdziwa Hiszpania pokazuje swoje pazurki,
skutecznie kładąc swoich obwateli do łóżek w czasie popołudniowej
sjesty. Nam chyba takich atrakcji za mało, bo przenosimy się w
poniedziałek dobrych kilkanaście seterk kilometrów na południe. W
poniedziałek o 18.10 liniami Atlas Blue (mało wiarygodne, trochę jak
Air Polonia, ale jak mają powtarzać ich los, to może dopiero od
czerwca?)za 30 euro ruszamy do Marrakeszu, po drodze dokonujemy
zakrzywienia czasoprzestrzenii, by o... 18.05 wylądować na miejscu.
Mimo że Łukasz to fan Titanica i jego bohaterów, podążający "W stronę
Marrakeszu" śladami Kate Winslett (następna będzie Tajlandia i The
Beach Leonarda di Caprio?), a Marcin to amant w stylu Humpraya Bogarta,
szukający prawdziwej miłości również i w Casablance, ta wyprawa to
będzie prawdziwe życie, nie film. Z powodu nadwerężonych finansów i
niezbyt mocnej pozycji na naszej uczelni nie możemy spędzić w Maroku
zbyt dużo czasu. Wylot jest w poniedziałek, już o 14.30 będzie na
marokońskiej ziemi czekał Ibn Marcin, który przybywa tymi samymi
liniami co my, tyle, że z Mediolanu. W 8 dni zrobić trzeba będzie całe
Maroko, poczynając od Marrakeszu, Fezu, Agadiru czy Casablanki, na
wąwozach Warrazat, przełomie Dades, Saharze i górach Atlas kończąc. Nie
spoczniemy dopóki nie zdamy z tego relacji! W kolejny wtorek opuścić
trzeba będzie Maroko,
w ten sam dzień wpłynąć do Gibraltaru, aby tam uścisnąć dłoń
namiestnika królowej brytyjskiej, zjeść fish and chips z miejscowymi
dżentelmenami w melonikach i wdrapać się na The Rock, przywitawszy się
tam z jedynymi osiadłymi na wolności w Europie małpami. Następnego dnia
Granada i osławiona Alhambra, aspirująca do tworzonej listy nowożytnych
cudów świata, w nocy ze środy na czwartek wypadałoby już być w
Madrycie. Wypadałoby, bo przyjechaliśmy tu studiować, a nie podróżować,
jeśli ktoś jeszcze śmiałby w to wątpić! P.S. Nieoczekiwanie na licznku
stuknie mi 4-ty kontynent, po Europie, Azji, Australii i Oceanii
przychodzi czas na Afrykę, Marcin do tego dorobku dodaje jeszcze
Amerykę Północną, nie wiadomo do końca jak sprawa ma się z Łukaszem,
może był kiedyś na all inclusive w Tunezji ze swoją Dzidzią i nie chce
się przyznać, ale ten człowiek pełen jest niezgłębionych tajemnic :)
Kulturalny i wysportowany weekend - czyli taki jacy jesteśmy (7.V.07)
Dziś
po raz kolejny trener Realu wystawił mnie do gry. Niestety, kolejny raz
nie wyszedłem na boisko w wyjściowym składzie. Tzn. nie na boisko,
tylko na stadion i nie trener, a miejscowy Justus, ale to przecież
niewielka różnica. Mój dorobek meczowy na obecną chwilę przedstawia się
więc następująco: od 15' meczu z Betisem Sewilla, od 78' z Osasuną
Pampeluna, od 50' z Valencią i dziś od 45' w spotkaniu na szczycie z
Sevillą. Tym razem skorzystałem z dobroci wypisz wymaluj naszego
Gulczasa, który w przerwie opuścił stadion wraz z karnetem kogoś z
rodziny, kogo zostawił na trybunach stadionu. Zostawił i wziął jego
karnet, gdyż chciał komuś zrobić przyjemność, a że padło na mnie - cóż,
pewnie wyglądam jak łajza ostatnia, więc to mnie wybrał z grupki pięciu
stojących pod jedną z bram. Weszliśmy razem, mimo niewielkich
sprzeciwów ochrony, która czuła w tym jakiś spisek, pozostawiwszy
nieszczęśliwego Łukasza przed wejściem zająłem miejsce tuż za bramką
Ikera, tylko tam były wolne miejsca, ciężko dziś byłoby szpilkę gdzieś
wsadzić. Ale to przecież mecz na szczycie, Real dzięki zwycięstwu 3:2,
2 czerwonych kartkach i całkiem niezłym meczu zajmuje drugie miejsce w
tabeli, zapowiada się niezła końcówka sezonu, co nie jest najlepsze dla
nas, gdyż ludzie będą tłumnie chodzili, a i ochrona będzie podwójna.:)
Wcześniej wybraliśmy się do Museo de America. Blisko Moncloa, blisko
naszego uniwersytetu, można naprawdę polecić wizytę w tym pięknym
przybytku. Znajdują się
w nim rekwizyty, które Hiszpanie ukradli, bo jak to nazwać inaczej, z
obu Ameryk. Ukradli podobnie jak Anglicy ukradli niektóre kolumny ze
świątyni na Akropolu, czy kamień z Rosetty i przetrzymują je w British
Museum, ukradli podobnie jak Francuzi, którzy w Luwrze parę
kolonialnych skarbów też przetrzymują. A mieli skąd te cuda na kiju
Hiszpanie przywozić: Peru, Chile, Wenezuela, Kuba, Haiti, wszystkie te
karaibskie wyspy, Meksyki, Salwadory, Honduras, tam Hiszpanie choć
przez chwilę rządzili w przeszłości. Pełno w muzeum pamiątek z czasów
Majów, Azteków i Inków, co poniektóre bajery udało mi się nawet
sfotografować, gdy tylko panie pilnujące nie patrzyły na ręce, co
będzie można zobaczyć już niedługo w kolejnej galerii, która będzie
musiał ukazać się najpóźniej w następny poniedziałek. Wtedy to bowiem
zmierzać już będziemy "w stronę Marrakeszu", trzeba będzie w końcu
sprawdzić czy ta Afryka taka dzika, Chałupy welcome to...
El Escorial (4.V.07)
Długi weekend to w Hiszpanii inna
kombinacja niż w Polsce. Nie ma na rynku ofert z rodzaju weź 4 dni
wolnego, będziesz miał 15 dni urlopu, a to dlatego, że nie obchodzi się
tutaj o dziwo święta Konstytucji 3 Maja. Jak na kraj rządzony przez
socjalistów przystało 1 maja oczywiście jest dniem wolnym od pracy,
2 maja to święto Madrytu, też w tym mieście wolne od pracy, za to
trzeciego wszyscy już grzecznie siedzą w szkołach i pracy zakładach,
budując nową Hiszpanię. Nie mieli w tym roku szczęścia lokalesi do
długich weekendów, najpierw przyszło im w deszczu i mrozie, jak na
tutejsze oczywiście standardy, spędzać
Semana Santa, teraz od dobrego tygodnia pada i nie wychodzi powyżej
piętnastu stopni. Po co komu przy takiej pogodzie Costa Brava, czy
Costa del Sol. Jako ze w środę zawsze można coś fajnego za darmo
zobaczyć, postanowiliśmy zaoszczędzić po 9 euro, bo tyle kosztuje
Escorial i udać się tam stałą grupą powiększoną o występujące gościnnie
w Madrycie siostrę
Łukasza oraz koleżankę Gosi. Na pewno nie żałują tego wyjazdu,
Cercanias Renfe z Atochy po godzinie dowiózł je właśnie do Escorialu -
największej hiszpańśkiej budowli renesansu. Surowy i prostokątny
kształt w ogóle nie przypomina cudów jakie w tym okresie budowano np.
we Włoszech, a bardziej zabudowania aresztu śledczego na Montelupich.
Budowę Eskorialu zlecił Filip II, który chciał zamknąć się
w pałacu i rządzić stamtąd światem za pomocą "kartki papieru", do tego
stopnia cenił sobie surowość i miał urazę do zbytku, że zafundował
pałac za pewnie kilka miliardów euro. Następcy, którzy tworzyli pałac,
nie mieli już takich skłonności, czego np. można być świadkiem
oglądając wystawny grób nieślubnego potomka króla Karola I. W Eskorialu
pochowani są wszyscy hiszpańscy królowie, ale krypty nie przewyższają
specjalnie tych na Wawelu. O Eskorialu nie będzie osobnej kartkówki,
pamiętamy tylko kilka
szczegółów: pracę zakończono pod koniec XVI wieku, król Filip II łoże
śmierci ustawione miał już na terenie kościoła, w którym bez przerwy
odprawiano za niego msze, pochowani w Eskorialu są władcy hiszpańscy,
mury zewnętrzne mają 207x153m, w środku znajduję się 1250 drzwi, 100
klatek schodowych i 16 km korytarzy, a nie daleko Eskorialu urządzał
imprezy w rodzinnej hacjendzie pewien cieszący się sławą playboya
młodzieniec - obecny król Juan Carlos, którego nawet jacht nazywa się
"łajdak".
Ciekawe losy ma też mój współlokator, może królem nie będzie, ale
pracuje na 3 zmiany w gazowni (nie zna się osobiście z Krystyną) na
stanowisku portiera, nie byłoby w tym wiele dziwnego, gdyby nie to, że
jest dyplomowanym lekarzem medycyny...
Obowiazkowa galeria + relacja ze wsi (30.IV.07)
Dzis 30-ty, wiec galeria, troche po macoszemu potraktowana, co miałem,
to dałem, czym chata bogata, rzuć kamieniem, a nożyce się odezwą, itp.,
itd. Są w niej zdjęcia i z Portugalii, i z Madrytu, i z jakiegoś meczu
Realu, i z Alcala de Henares i z kto to wie, skąd jeszcze. Aha, z
Alcazar de Rey, wsi, do której
udałem sie wczoraj z Javierem i z Karoliną. To mój debiut w hiszpańskim
pueblo, mogę powiedzieć, że nie różni się ono wiele od polskiej Koziej
Wólki. Przede wszystkim dlatego, że wszyscy sie w takim pueblo znają i
są w mniejszy lub większy sposób spokrewieni. Idąc przez wieśc co
chwile było: tu mieszka Stasia (Juanita), siostra bratowej, tam Czesiek
(Javier), czeladnik kuzyna, tam jest stodoła Zenka (Raula), oo, a tam
idzie
Paulinka (Begona), siostra Zygfryda ze strony Chojeckiej... I tak w
nieskończoność, ale miłe to, że w dobie wielkich blokowisk, gdzie mało
kto utrzymuje jakieś kontakty, tak wszystko ładnie i miło w tej wsi
funkcjonuje. Wieś też ma swoje tragedie i ciekawostki, ostatni utopił
się w stawie ojciec wraz z synem, a podczas nabożeństwa
Wielkopiątkowego runął tuż zaraz za księdzem, olbrzymi, kilkumetrowy
krzyż, restaurowany od tego
czasu w lokalnym, romańskim kościele. La vida... Z ciekawostek,
zaobserwowanych po drodze, potwierdziło się jakie złodziejstwo mają w
Hiszpanii, na stacjach typu naszej BP najpierw idziesz i płacisz w
kasie, dopiero wtedy kasjer odblokowywuje dystrubutor na żądaną kwotę.
Się trochę zjeździło, ale takiego dziadostwa nie widziałem nawet na
mojej ulubionej Słowacji.
Co laczy Justo Gallego z madryckim deweloperami? (28.IV.07)
Madryccy deweloperzy to absolutna ekstraliga swiatowa, jeśli chodzi o
stosunek zyskow do wlozonych nakladow pracy. Prawie jak akcjonarisze
Banku Slaskiego, choc ci musieli sie chwile nastac, żeby zarobic te
1300 bodajze procent. To naturalna koleja rzeczy nastepna
fucha bylych politykow, prezesow i kierownikow, szefow wszystkich
szefow i pozostalych dygnitarzy. Deweloperem zostal tez m.in.
Florentino Perez, były prezes Realu, od którego mieszkanie kupil
przyszly malzonek mojej kuzynki. Mieszkania w Krakowie
maja caly czas kilka niezaprzeczalnych przewag nad tymi z Madrytu. Po
pierwsze sa tansze i to znacznie, o czym już kiedys pisalem, oczywiście
w liczbach bezwzglednych, a po drugie udaje się czasem posiedziec z
wlasnymi myslami, oczywiście jeśli się je posiada ;) - z racji tego, ze
nasi budowniczowie, pan Wiesiek i pan Staszek uzywaja do budowania
czegos wiecej niż kartony i plasteline, a ze czasem nie ma kąta
prostego miedzy scianami, sufitem czy tez podloga - zdarza sie. Oto
krotka lista tego, co dzieki oszczednosci na materialach budowlanych
budzi mnie
podczas snu: a) kapiaca i zlatujaca z wysokosci 10 cm woda z kranu w
lazience (a wbrew obiegowym opiniom nie mieszkam w wannie), b) sms'y
przychodzace do sasiada w pokoju obok (a dźwięk ma wylaczony i nie
dostaje za duzo long'ow),
c) przyciszona rozmowa w salonie kulturalnego kolegi, który wie, ze ja
spie, bo ciezko pracuje (rozmowa ta toczy się w pokoju oddzielonym od
mojego dwiema parami drzwi), d) kaszel babci dwa pietra wyzej, e)
sasiad bioracy kąpiel pietro wyzej (albo ze trzy pietra wyzej), f)
fizyczna milosc, bo należy odroznic ja od psychicznej, uprawiana przez
Niemcow kilka lokali dalej, g) zapachy dochodzace do nozdrzy z kazdego
okolicznego mieszkania. To ostatnie dlatego, ze praktycznie w kazdym
hiszpanskim budynku jest patio, cos na ksztalt komina znajdujacego się
wewnatrz, o powierzchni powiedzmy 20m2, gdy wychylisz sie mocno przez
okno możesz zobaczyc niebo,
a gdy się nie wychylisz możesz spokojnie zobaczyc, co robia wszyscy
sasiedzi na pietrze twoim, nizszym i wyzszym, oczywiście ci z
naprzeciwka. Trzeba uwazac, żeby nie wychylic się tak, aby już nigdy
nic w zyciu nie zobaczyc. Co do mojego mieszkania, to sprawuje się
calkiem niezle, ale zadnemu pedantowi nie zycze, aby zamieszkal w
gospodarstwie prowadzonym przez samych mezczyzn.
Korzystajac z tego, ze nigdzie ostatnio (czyli od 4 dni) nie byłem, cos
może napisze o wycieczce, która sobie strzelilem jeszcze przed
Wielkanoca. Autobusem podmiejskim za 3,60 euro udalem sie do Mejorada
del Campo, gdzie niejaki Justo Gallego, liczacy sobie lat 80, od
dobrych 45 buduje... katedre. Nie jest to zwykla katedra, tak zwykla
jak na przykład Notre Dame, Sagrada Familia, czy na Wawelu, ale katedra
tworzona z materialow, które pochodza z recyklingu. Oczywiscie jest tam
troche betonu i cegiel, no ale tak być musi, jeśli byle wiatr ma tego
nie ruszyc, cala ta katedre senor Justo Gallego buduje sam!
Cos w jego zyciu się kiedys stalo, postanowil poswiecic sie tylko tej
budowie, czerpiac z tego, co dadza mu ludzie, a liczy sie kazda pomoc:
i ta finansowa, i ta w postaci pudelka po Cola Cao, kanistrze na
gazoline czy kol z roweru dziadka. Pomogla tez w jej budowie reklama
napoju Aquarius, można zobaczyc ja tutaj, a nie, pardon, tam jest film o katedrze, reklama jest tutaj.
Szacunek dla tego czlowieka, pozostaje mieć tylko nadzieje, ze skonczy
swe dzielo przed smiercia, co pewnie musi kiedys nastapic. Co
ciekawe katedra miesci się przy ulicy Antonio Gaudiego, wielkiego
katalonskiego architekta, ktory tez budowal bez planow, ktory również
cale zycie glownie poswiecil Sagrada Familia i który tez uwazany był za
dziwaka, a któremu teraz wladze Barcelony powinny wystawic pomnik
wiekszy niż miala Armia Radziecka, generuje bowiem pewnie zza grobu
Gaudi miliardowe dla Barcelony zyski. Z liczb opisujacych katedre warto
przytoczyc kilka: wnetrze katedry liczy sobie 800 m2 powierzchni,
kopula znajduje sie na wysokosci 37, a wieze siegaja 60 metrow. Moze
jeszcze kilka slow z kartki, która wisi przed katedra, a ktora napisal
sam Justo: "Nie istnieje żadna data mowiaca o zakonczeniu budowli.
Ogranicza mnie tylko ostatni dzien, który Jezus mi da, abym mogl
pracowac przy niej i po którym cieszyc się tylko będę z tego co
zbudowalem dla Niego. Chcialem zapewnic, ze do konca swych dni bede
tutaj pracowal, dzieki wielkiego pomocy, która Panstwo mi daja.
Wszystko to robie, aby Pan był z nas dumny i abysmy kiedys mogli
zasiasc u Jego boku." Mimo tych chwalebnych slow, warto uwazac
zwiedzajac katedre Justo Gallego, gdyz nie ma on zadnego budowniczego
wyksztalcenia, a cala swa edukacje zakonczyl na szkole podstawowej :).
Alcala de Henares (25.IV.07)
Wracajac do szarej madryckiej rzeczywistosci warto pochwalic kolejny
raz metro, uwierzcie albo i nie, ale od czasu naszego przyjazdu otwarli
lub otworza w najblizszym czasie 65 stacji!!! Nie, nie pomylilo mi się
i nie wcisnalem rownoczesnie 6ki i 5ki na klawiaturze. Jedne ze stacji
sa kosmiczne, drugie przeszly tylko mala rewitaminizacje i lifting,
trzecie to skromne peroniki ulokowane gdzies kolo blokow, ale liczba
jest trzeba przyznac co najmniej przyzwoita, ciekawe kiedy metro w
Madrycie zaatakuje 4-ta pozycje na swiecie, dzis jest za Londynem,
Paryzem, Moskwa i Tokio. Zobaczmy ile stacji metra otwiera sie w
najbliszym czasie w Warszawie... z tego co pisza w Wikipedii, to
aktualnie buduje sie 6 nowych, a istnieje juz 17. Ale pewnie coz to
beda za stacje, marmurem wykladane, greckimi rzezbami ozdabiane,
czystoscia lsniace, gwoli przyzwoitosci nie wspomne nic o metro
krakowskim, o którym pisal kiedys prof. Jajszczyk z Katedry
Telekomunikacji (artykul dostepny np. tutaj),
czlowiek swiatly, który kiedys dal mi nawet plus trzy z egzaminu,
doskonale oceniajac poziom mojej wiedzy. Dziekujemy serdecznie
prezydentowej Madrytu za tak powazne potraktowanie naszego przyjazdu do
stolicy Hiszpanii, miejmy nadzieje, ze po naszym
wyjezdzie stacje nie zarosna chwastami. Sprawnie dzialajaca komunikacja
jest nam bardzo potrzebna, przeprowadzilem się bowiem znow, tym razem
można mnie znalezc na stacjach Aluche lub Fanjul, w poludniowej czesci
Madrytu, za soba mam już pobyty na polnocy i wschodzie miasta,
generalnie mieszka się niezle, dziele domowe ognisko z dwoma
hiszpanami, ich wielkim problemem jest to, ze pala i nie zbyt często po
sobie sprzataja, wiec nie wiadomo, jak uloza sobie w przyszlosci zycie.
Pewnie maja i wiecej wad, ale na razie dobrze je przede mna ukryli.
Spelnilem swoje marzenia, na uniwersytet mogę jezdzic Przewozami
Regionalnymi, dobrze zintegrowanymi z metrem, w porownaniu z 48
minutowym przejazdem z poprzedniego mieszkania, 42 z obecnego jawi sie
jako mrugniecie oka. Ostatnio wykorzystalismy je (Cercanias, nie oczy)
do przejazdu do Alcala de Henares, wsi pod Madrytem, gdzie ponoc
urodzil sie Miguel de Cervantes, taki nasz Adam Mickiewicz, znany z
przygod Don Kichota i Sancho Pansy i pewnie z kilkudziesieciu
pomniejszych dziel, bo klimat hiszpanski sprzyja plodnosci, nie tylko
tej literackiej. Mozna to było zobaczyc wlasnie w Alcala, już nikt nie
będzie mogl zakwestionowac zwiazku bociana z pojawieniem się dziecka,
na kazdym
dachu w Alcala znalezc można gniazdo bocianie, a ulice pelne sa matek z
wozkami albo z brzuchami. Z reguly narodowosci rumunskiej i polskiej,
bo te grupy upodobaly sobie wlasnie Alcale, stad wyruszyla 11.03.2004
feralna kolejka, w ktorej podczas zamachow terrorystycznych zginelo
bodajze trojka Polakow. Alcale de Henares odwiedzilem z Ela, tym razem
musze zgodzic się z przewodnikiem, ze jest to, cytuje: "jedno z tych
miejsc, w których po obejrzeniu kilku atrakcji nie warto zatrzymywac
się na dluzej", w przeciwienstwie do miejsc, które przewodniki
zachwalaja slowami w stylu: "nawet po 30 latach nie obejrzysz
wszystkiego, warto przyjrzec się kazdej cegle i posluchac jak szepcze
cos do ucha swojej sasiadce". Do Alcali de Henares można przyjechac,
ale nie trzeba, gwoli sprawiedliwosci trzeba dodac, ze maja tam piekny
uniwersytet, drugi najstarszy po tym w Salamance, ale ja musze w koncu
skonczyc z tym studiowaniem, za dlugo mi się to wszystko ciagnie.
Zainteresowanym Alcala specjalistom dziedziny opisze krotko niektóre
jej elementy: bajeczna fasada w stylu plateresco, kasetonowy sufit
artesonado, utrzymany w stylu mudejar oraz wielka aula paraninfo. Mam
nadzieje, ze zrozumiane, a powtarzal nie bede, już niedlugo kartkowka.
To co wiedziec się powinno jeszcze wiedziec to to, ze w Alcala de
Henares znajduje sie najstarszy zachowany teatr publiczny w Europie
oraz
to, ze Casa Natal de Cervantes (czyli dom urodzin Cervantesa) ma nie
wiecej niż 40 lat zycia. To zbyt powazna strona, żeby komentowac takie
glupoty :)Wiecej zdjec z Alcali na koniec miesiaca w tradycyjnej
galerii.
Arive derci Portugalio! (21.IV.07)
Konczac temat Portugalii warto zwrocic uwage na zbieznosc naszej tam
wizyty z wyborem Polski na gospodarza Euro 2012. Malo kto wie i pewnie
malo kto uwierzy, ale sporzadzony przez nas raport z tego co widzieli
my i slyszeli my pozwolil wyeliminowac bledy polskiej kandydatury, co
dalo nam tyle radosci ostatniej srody. Przez lata bedzie wspominac sie
Listkiewicza, Olkowicza, Lipca, Olka Malego Kretacza i Tych Dwoch CO
Ukradli Ksiezyc nie wiedzac o tym, ze z tajna lamana przez poufna misja
byli tam Pilch i Gabrys. Osobista wizytacja dwoch stadionow w Lizbonie,
stadionow w Porto i Aveiro, a takze pobyt w promieniu kilku kilometrow
od stadionow w Coimbra i Faro sa tego najlepszym dowodem. Ale coz,
jedyne na co moga liczyc tajni agenci, to co najwyzej uscisk krolowej.
To co trzeba w Portugalii przezyc to Lisbon Story. Do Lizbony mozna od
poludnia wjechac dwoma mostami. Jeden z nich to prawdziwe arcydzielo,
drugi niewiele mu ustepuje. Pierwszy ma ok. 8 km, ciagnie sie nad
rownie szerokim rozlewiskiem Tagu, ktory w tym miejscu wpada do
Atlantyku. Drugi jest znacznie krotszy, ale i tak Most Debnicki wyglada
przy nim jak kladka dla liliputow. Przypomina most w San Francisco,
ktore chyba ktos budowal na podstawie zdjec wlasnie z Lizbony. Z tego
co pamietam z Nasha Bridgesa, SF tez lezy na wzgorzach, tez mozna sie
przemieszczac stylowymi tramwajami, Golden Gate to wypisz wymaluj
lizbonski most, tylko gejow jakby mniej. Sporo w Lizbonie jest
imigrantow, trudno w to dzis uwierzyc, ale Portugalia byla w polowie
ostatniego stulecia wielka potega, w jej wladaniu byly m.in. Brazylia,
Angola, Mozambik, Wyspy Zielonego Przyladka i inne pomniejsze
miejscowki. Przyszly jednak na Portugalie zle czasy, po odzyskaniu
niepodleglosci przez wymienione kolonie zwalilo sie do Lizbony tysiace
Portugalczykow, ktorzy stracili dobre posady, a oprocz szeroko pojetego
zarzadzania i administrowania niewiele umieli robic. Po kilku latach
wslad za nimi ruszyly gromady Angolczykow, Brazylijczykow, ktorych
potomkowie do dzis prosza na ulicach nie tylko o wino. Wracajac do
naszej Lizbony, wjechalismy do niej osmio kilometrowym mostem Vasco da
Gamy, ktory tez byl Portugalczykiem (Vasco, nie most, jak pamietacie z
jezyka polskiego most nie jest osoba). Przejazd nim robi olbrzymie
wrazenie, czlowiek kurczowo trzyma sie kierownicy, zeby nie spasc razem
z zaloga do oceano-rzeki. Zawiewa raz z lewej, raz z prawej, Corsa
jawila sie jako prawdziwa lupina targana przez zywiol powietrza i wody.
Po szczesliwym przejechaniu przez most i dotarciu wzdluz wybrzeza do
centrum, na wybrancow czeka niespodzianka, od razu moge polecic w tym
miejscu pensjonat Iris, lezacy tuz obok stacji metra Restauradores,
gdzie cena za dobe to tylko 30 euro za 3 osoby. Wprawdzie pensjonat nie
zwyciezy na pewno w kategorii najczystszych i najbardziej nowoczesnych
tego typu miejsc w Europie, ale cena i polozenie wynagradzaja wszystkie
niedogodnosci. To co godne polecenia w Lizbonie to na pewno tramwaje i
windy. W starym dobrym stylu wczesnych lat piecdziesiatych, do ktorych
podobnie jak w Londynie jeszcze do niedawna bywalo w autobusach, mozna
wskakiwac i wyskakiwac w czasie podrozy. W ladnym, gustownym zoltym
kolorze sa takze tramwaje laczace gorne i dolne dzielnice, mijajace sie
w polowie jak kolejka na Gubalowke, ale bardziej topowe i
chilloutowe.No i na koniec prawdziwe windy, jezdzace jak Pan Bog
przykazal w pionie, mozna nimi dostac sie np. do Barrio Alto, dzielnicy
Lizbony polozonej wysoko na wzgorzu, gdzie czas jakby zatrzymal sie
kiladziesiat lat temu, rzadko zagladaja tam samochody, a nad glowami
rozposciera sie morze prania, rozwieszonego na sznurkach pomiedzy
sasiadujacymi po dwoch stronach ulicy kamienicami. Hmm, co jeszcze
fajnego w tej Lizbonie mamy... jest posag Chrystusa, wzorowany na tym w
Rio de Janeiro, ktory goruje nad miastem i z ktorego jest calkiem
przyjemny widok na okolice. Jest dzielnica Belem, a w niej wieza, z
ktorej zegnano wyplywajacych w swiat wielkich odkrywcow, jak rzeczony
Vasco da Gama, Ferdynand Magellan czy Amerigo Vespucci, aczkolwiek tego
ostatniego portugalszczyzny nie jestem pewien. Za Belem rozposciera sie
juz tylko wielki ocean, teraz juz wiemy, ze na nim czekaja po drodze
Madera, Azory czy inne Kanary, a potem Manhattan i inny New York, a w
nim praca na domkach, na Greenpoint czy nazwanym na moja czesc Jackowie
w Chicago, ale wtedy zeglarze mogli miec stracha, zreszta
uzasadnionego, bo Magellan do Europy niestety juz nie wrocil, ginac
gdzies bodajze na Pacyfiku. Z Lizbony wyruszylismy w kierunku Fatimy.
Pewnie wiekszosc zna ta miejscowosc, nawet najwiekszym heretykom
powinna cos mowic, na poczatku XX wieku objawila sie tam pastuszkom
Franciszkowi, Lucji i Hiacyncie Matka Boska, o ktorej to historii
opowiadala mi podczas blogiego dziecinstwa babcia, na czesc tego
wydarzenia stoi tam teraz wielka swiatynia z placem wielkosci pewnie
tego watykanskiego. Nawet wielcy grzesznicy, a pewnie jechali tacy i z
nami ;) pochylili glowy w tym miejscu, choc tasmowosc odprawianych tam
mszy sw. w roznych jezykach moze troche przerazic. Matka Boska
objawiala sie ponoc w dwoch miejscach, pod dwoma drzewami, jedno z nic
zostalo totalnie zniszczone, ludzie brali galezie i jego pozostalosci
jako dewocjonalia, drugie drzewo trzeba bylo wiec profilaktycznie
ogrodzic. Miasto Fatima zyje tylko dzieki pielgrzymkom, mi w oczy
rzucil sie pieciogwiazdkowy hotel Fatima Plaza, lezacy tuz obok
sanktuarium. Coz, nie tylko biedni prosza, moze tez i bogaci dziekuja?
Obiecawszy sobie poprawe, jedni wczesniej, drudzy pozniej ruszylismy do
Coimbry, gdzie zatrzymawszy sie u pewnej czeszki z HC odkurzylismy
zawsze smieszna dyskusje na temat naszych jezykow, bo czyz nie smiesza
Was zawsze i wszedzie slowa i sformulowania takie jak: smaticzku na
paticzku (parasol), rychlik (pociag pospieszny), nietoperek (batman),
dachowyj zasraniec, whitney houstonova, zmarzliny i potraviny, a takze
czasownik szukac (spolkowac)? Zdenerwowani cenami wynajmu mieszkania
(180 euro za 2 pokoje, pamietajmy o 300 euro za izbe w Madrycie)
ruszylismy dalej na polnoc, o czym wspominalem juz wczesniej, spokojnie
jak na wojnie lapiac lot z Porto do (nie)pieknego Madrytu, ktory coraz
bardzie nas meczy, ktory ma jednak jedna wielka zalete, a mianowicie
niezbyt dobry system ochrony na Santiago Bernabeu, ktory dzis znow
sprobujemy przelamac bo zapowiada sie wielki mecz Realu z Valencia! Po
trzech zamieszczonych tu notkach o Portugalii, po dwoch galeriach zyje
nadzieja, ze kraj ten poznaliscie na tyle dobrze, zeby moc o nim
dyskutowac na przyklad na imieninach albo i randce, taka rola tej
strony, aby leniom, czy tez pracusiom podac na monitor to, czego sami
nie moga dosiegnac w obecnej chwili:) Pamietajcie, ze wykonujemy na
Polwyspie Iberyjskim misje, niebezpieczna i trudna, majac przy tym
nadzieje, ze przyszle pokolenia czerpac beda z niej wielkimi garsciami
;).
Portugalia c.d. (17.IV.07)
Po powrocie z Portugalii juz nic nigdy nie bedzie takie samo. Wlasciwie
nie wiem dlaczego i co mialoby sie zmienic, ale tak warto zaczac ta
relacje. Pojawilismy sie w Faro we wtorek wczesnym popoludniem, juz
lotnisko zwiastowalo ciekawy kraj, z samolotu do terminalu podjezdzalo
sie autobusami przypominajacymi nasze slawne "ogorki", na ktorych juz
widok niektorzy dostawali choroby komunikacyjnej, zwanej potocznie tez
pawiem. Troche dobre wrazenie zepsula nam wypozyczalnia samochodow,
oferujac nam Opla Corse 1.2 na 3 dni za 182 euro. To najnizsza cena
jaka udalo sie znalezc, samochoc dostalismy w promocji na troche ponad
3 dni. Wysokie ceny
za takie uslugi to chyba domena krajow niezbyt dobrze rozwinietych,
pamietam, ze w Nowej Zelandii koszt takiej przyjemnosci byl 3 razy
nizszy, mimo jednak tego, ze oba kraje mozna swobodnie porownac - jeden
to koniec swiata, a drugi Europy. Suma sumarum Corsa spisala sie
swietnie, przejechawszy 920 km chciala jeszcze i jeszcze, mimo 5
grubasow w srodku i bagaznika pelnego walizek (Gosia wziela 7 par
butow, Lukasz zapas kremow Nivea na handel, a Adam rower) ;). Pierwszym
przystankiem bylo Faro i od razu zachwytom nie bylo konca. Portugalia
jest dosyc ciekawym miejscem. Jezyk nalezy chyba do rodziny jezykow
romanskich, pelen jest
dzwiekow znanych z naszej polszczyzny, co spowodowalo, ze juz w drugim
dniu moglismy swobodnie miedzy soba po portugalsku rozmawiac :). Wraz z
poziomem bogactwa nie idzie czesto inteligencja, Portugalczycy maja
znacznie wiecej do powiedzenia na temat swiata niz ich o wiele bogatsi
wschodni sasiedzi, a co najwazniejsze, ucza sie obcych jezykow!
Swobodnie dogadasz sie po angielsku w tym kraju, co w Hiszpanii
przyjdzie Ci z rownie wielkim trudem jak znalezienie polityka SLD,
ktory nie bral. W Portugalii zycie biegnie znacznie spokojniej niz w
Hiszpanii, w co jednakowoz pewnie trudno uwierzyc. Ulice sa wyludnione,
w sloncu wygrzewaja sie
spasione, dzikie koty (z Minnesoty?), na glownym rynku w Faro
przyjemnie jest sobie zerwac dojrzala i slodka pomarancz, ryzykujac
przy tym pogonienie przez miejsowego Azora, a wieczorem posiedziec w
kawiarni przy kawie, ktora w Portugalii jest niewiele drozsza niz w
automacie na szacownym AGH´u, a czy lepsza niech kazdy sam zgadnie.
Wprawdzie zarabia sie w Portugalii znacznie gorzej niz w reszcie Europy
(nawet pasterze w Grecji kasuja lepiej!), to jednak na ulicach znacznie
wiecej widac luksusowych bolidow, niz nawet w Madrycie. Zastaw sie, a
postaw sie, maksyma bliska i odleglym od nas o 3500 km Portugalczykom.
Faro jest wprawdzie troche zaniedbane, ale i tak nikt
nie moze mu odmowic uroku. Co do Algarve, to jest to najladniejsze
portugalskie wybrzeze, pelne pol golfowych, apartmentowcow, ale tez i
przyjemnych zatoczek wsrod klifow, w ktorych niejeden nudysta znajdzie
odrobine ciszy i intymnosci, a takze namiastke Australii, bo bardzo
podobne widzielismy z Marcinem w poludniowej Australii, do ktorej
przyszlo nam leciec prawie 3 dni, w przeciwienstwie do 3 i kawalka
godzin z Warszawy do Lizbony. Co ciekawe, bardzo latwo i tanio mozna w
Portugalii spedzic przedsionek lata. Gdy nie ma jeszcze sezonu, ale gdy
mozna juz przyjac na cialo troche promieni slonecznych i nie trzeba byc
morsem,aby wchodzic do oceanu, mozna wynajac chatke na 10 osob na
nalezacej do Portugalii, lezacej blisko od brzegu wyspie za jedyne
60 euro, co daje cene mniejsza niz kwatera u pani Stasi w Murzasichlu.
My za to W Faro zamieszkalismy u niejakiego Bezugha, ktory przyjal do
swojego apartamentu 5 naszych sztuk, zaprowadzil do miejscowej
swietlicy, gdzie zaspiewaly dla nas fado matka i corka, ostentacyjnie
okazujac niechec do wykonywanej przez rywalke muzyki. Fado troche
przypomina zawodzenie kojota, ale jesli Slowacki wielkim poeta byl, to
i fado nalezy sie zachwycac...
Porto - miasto, porto - wino. (16.IV.07)
O Lizbonie jeszcze napisze, bo to przeciez stolyca, ale najpierw pare
slow o Porto, portugalskim Krakowie, ktory rowniez bywa straszliwie
krzywdzony przez wladze centralne, ale ostatnio i dla niego powialo
dobrze. W calej Portugalii na kazdym kroku widac korzysci, ktore
przyniosly Mistrzostwa Europy w pilce noznej w 2004 roku, na przykład
ciekawy jest wjazd do Porto od strony Aveiro, miasta ok. 70 km na
poludnie. Mozna bowiem od strony Aveiro wjechac dwoma autostradami -
platna i bezplatna, obiema o podobnej dlugosci, obiema milymi do
prowadzenia, jednej wybudowanej specjalnie na Euro, drugiej stojacej
tam od boomu zwiazanego z przystapieniem Portugalii do UE w 1986 roku,
a co za tym idzie, z potokiem pieniazkow plynacych z Brukseli.
Pol ksiezniczki i krolestwo temu, kto zgadnie, ktora autostrade
wybralismy. Porto przezywa teraz jednak swoje 5 minut, wybrano je
europejska stolica kultury, odremontowano elegancko 2 stadiony, na
ktorych grali (bo my nie gralismy) 3 lata temu, zaczeto budowac nawet
metro, ktorego wagoniki sa prawie identyczne z naszym szybkim tramwajem
i zdecydowanie za rzadko wjezdzaja pod ziemie, ale przynajmniej sa
szybkie. Wedlug standardow portugalskich trzeba by wybudowac jakis
tunel w Krakowie, puscic nim przez 500 metrow na przykład 7-kę i będzie
można to nazwać metrem! Wypisz wymaluj wiec Porto to Krakow. Tylko ze u
nas nie ma Atlantyku, żule nie popijaj� porto, w zimie bywa o 40 stopni
mniej i nie wygralismy Ligi Mistrzow. Ale reszta sie zgadza :).
Porto jest przykladem miasta bez dobrego PR'u. Malo sie o nim mowi, nie
ciagna tam wielkie wycieczki z Orbisu, nie stawia sie go w rzedzie
miejsc MUST VISIT. A szkoda, bo nigdzie indziej rzeka tak fajnie nie
wyrzezbila kanionu, na ktorego zboczach wybudowano miasto, malo gdzie z
taka klasa Eiffel przerzucil przez rzeke mosty swojej konstrukcji -
mosty, ktore lacza ze soba czesc rozrywkowa, pelna knajpek i pijalni
wina, z czescia miasta mieszczaca zaopatrzenie dla czesci pierwszej -
pelnej magazynow porto wszelkiego rodzaju. Roznie bywalo w tej
Portugalii, raz biedniej, raz
bardziej bogato, ale buteleczka dobrego porto zawsze musiala na stole
sie zjawic. Nie mozna sobie nigdy odmowic w Portugalii rzeczonej
filizanki kawy za grosze, tym razem doszlo do spotkania na szczycie,
nad brzegiem Douru rozgorzala dyskusja na temat futbolu pomiedzy nami,
Belgami i Portugalczykami, z ktorymi gramy w jednej grupie do Euro
2008! Biedni Belgowie... Na koniec Lukasz chcial pokazac wszystkim jak
gra Smolarek, ale najbardziej przy tym mogly ucierpiec okna okolicznych
mieszkancow.
W dalsza droge po miescie ruszylismy z prosba, aby nie przejesc tak
pieniedzy z Unii jak oni, wzielismy sobie te rady do serca i
obiecalismy brac mniej lapowek. Rano ruszylismy Ryanairem do stolicy
Hiszpanii, bylo wesolo, gromada 11 Portugalczykow lecial na wieczor
kawalerski, humory dopisywaly, pelniace role stewardess Czeszki Lenka i
Barbara musialy chronic swoje posladki, ktore bez przerwy byly obiektem
co najmniej wzrokowego kontaktu Portugalczykow. Mialy nawet dosc ciety
jezyk i nie byly puste :) jak to twierdzi o wszystkich kobietach jeden
z naszych kolegow, na pytanie jednego Portugalczyka co radzi mu w
malzenstwie, Lenka odpowiedziala, zeby nie podrywal nigdy dziewczat w
samolocie. Ah, te kobiety, zawsze rozwazne i wierne :) Tych co
doczytali do konca zapraszam do kolejnej galerii, w ktorej umieszczam
kilka zdjec Adama, który dysponuje lepszym
troche lepszym sprzetem niż my, a może i wiekszym talentem, ale to już
nie jest takie pewne :).
Wrócilismy z Portugalii, gdzie chyba zostawilem wene pisarska (15.IV.07)
Po wizycie w pieknej i goracej Portugalii pozostalo tylko wspomniene,
które, jakby powiedzial poeta, warto pozostawic na kliszy i w dlugie
zimowe wieczory do niego powracac. O tym co w Portugalii ciekawego
napisze moze i jutro, na razie prosze czestowac sie fotkami prosto z
dalekiej Portugalii, koncu Europy, gdzie wrony zawracaj?, gdzie przy
dobrej pogodzie widac Ameryke i gdzie jezyk przypomina ojczysta
polszczyzne.
Dzis Madryt, pojutrze Lizbona, w piatek Porto, w sobote znow Madryt - rzucaja nami jak workiem ziemniakow (9.IV.07)
W Poniedzialek Wielkanocny w Hiszpanii o swietach mowi sie juz w czasie
przeszlym. Wszyscy normalnie pracuja, metro jezdzi co 3-4 minuty,
uniwersytet jest juz otwarty, wprawdzie nie ma normalnych zajec, ale
dziala juz i cybernetyka i szkolna stolowka (zajecia zaczynaja sie od
jutra, ale jako NAJLEPSI i NAJPILNIEJSI studenci stawilismy sie na
uczelni juz dzis), czyli miejsca do normalnej codziennej egzystencji
absolutnie niezbedne. Co innego podczas Wielkiego Tygodnia. Juz od
poniedzialku zaczyna sie wielki exodus - ludzie ciagna z reguly w
kierunku wybrzeza srodziemnomorskiego, bo tam o pogode najlatwiej, do
Andaluzji, bo tam najhuczniej obchodzi sie Wielki Tydzien, albo po
prostu do swoich domow rozsianych po calej Hiszpanii (podobnie jak w
Warszawie wielu mieszkancow to naplywowcy). W tym roku niestety pogoda
w Hiszpanii jest po prostu fatalna. Od kilkunastu juz dni ciezko o
wiecej niz 12 stopni, co drugi dzien pada, telewizja serwuje nam
specjalne relacje z Costa del Sol, Costa Dorada czy Costa Brava, gdzie
od placzu zanosza sie pan Staszek i pan Gienek, handlarze zimnym piwem,
twierdzac, ze sezon mozna uznac juz za stracony i nigdy juz nie
wyrownaja sobie swiatecznych strat. Troche przesadzony ten lament, ale
OK. Generalnie atmosfera w Hiszpanii jak nad Baltykiem w lipcu. Co
ciekawe w Hiszpanii uroczyste procesje, drogi krzyzowe, rozpoczynaja
sie juz od poniedzialku i bardziej przypominaja spotkania
Ku-Klux-Klanu, niz znane z naszych kosciolow obchody Wielkiego
Tygodnia. Procesje ida przez cale miasto, kazde miasto chce miec
najbardziej uroczysta, wyjatkowo, godna zapamietania, w kazdej
uczestnicza tysiace osob. Troche mniejsza frekwencja jest juz za to w
kosciolach, podczas tradycyjnych czwartkowych, piatkowych, sobotnich
nabozenstw, obowiazuje geriatyczna wersja mszy swietych, nie kleka sie
podczas nich ani razu. Co ciekawe tez to nie taca przychodzi do ciebie,
a ty idziesz do tacy, w pewnym momencie caly kosciol rusza pod oltarz,
aby tam za pomoca monety, albo lepiej banknotu okazac wsparcie
instytucji Kosciola. Co kraj to obyczaj. W Wielka Sobote na rezurekcje
wybralismy sie do katedry krolewskiej i tam bylismy swiadkami
najdluzszej mszy zycia, pelnej miejscowych kacykow, nie wiem czy nie
bylo tez krola, ale chyba nie, przyszedl by sie z nami przywitac, byli
za to biskupi i chyba ze 6 czytan, kilkanascie spiewanych psalmow,
dziwne obrzedy, wszystko to trwalo 3 godziny z kawalkiem (od 23 do 2 w
nocy)! Kilku miejscowych mlodziencow po 20, 30 lat kazdy bralo chrzest,
bierzmowanie, komunie swieta, zrobiono im przyspieszone przejscie przez
wszystkie sakramenty, dobrze, ze nie udzielono im jednoczesnie
sakramentu kaplanstwa i malzenstwa.
Generalnie swieta minely nam szybko, jutro o 12.50 czeka nas lot do
Faro na poludniu Hiszpanii. Zabawimy tam do soboty, przejezdzajac z
poludnia na polnoc Portugalii wraz z trojka innych Polakow. Przy
rezerwacji biletow nie udalo nam sie uniknac zasadzki zastawionej przez
Ryanair´a, linia ta znana jest z wielu dodatkowych, smiesznie
brzmiacych czasami oplat (niedlugo pewnie bedziemy placic za kursy
doszkalajace pilotow czy tez dawac napiwki stewardessom, ktore bez tego
nie poprosza nas o zapiecie pasow, czy tez nie zamkna drzwi), tym razem
zamowilismy sobie przypadkiem za 3 euro od lebka priorytetowe wejscie
na poklad, bedziemy mogli to zrobic przed reszta wspolpasazerow. Dwojka
pozostalych Polakow dala sie nabrac na jednodniowe ubezpieczenie za 14
euro, posiadajac juz wczesniej co najmniej 2, w postaci Euro 26 i
ISICA....
Do pobrania prezentacja multimedialna z korridy, Las Fallas, Walencji i okolic! (7.IV.07)
Z racji utrudnionego dostepu do netu dzis do sciagniecia ze strony
prezentacja, która przeslal nam czytelnik Adam z Getafe. Bardzo chcial,
aby znalazla sie ona na stronie, wychodze wiec naprzeciw jego
zyczeniom, zyczac wszystkim przy okazji Wesolych Swiat i Mokrego
Smingusa Dygusa. Na prezentacji mnie nie ma, bo na tej imprezie mnie po
prostu nie bylo, mialem wazne sprawy w Madrycie, jak zwykle zreszta.
Zapraszam do kolejnej galerii, tym razem lekki mirsz marsz, prezentuje
ona dokonania z Salamanki, Madrytu i Aranjuez. Nastepna powinna juz
zawierac cos z Portugalii, do ktorej na kilka dni wybieramy sie tuz po
swietach!
Przez ostatnie dni na naszej madryckiej ziemi goscil panicz Damian,
znany rowniez jako Panicz Skromny, ktore to przezwisko zawdziecza
swojemu charakterowi. Panicza Damiana odebralismy z lotniska, podczas
czekania robiwszy z Lukaszem zaklady czy wyjdzie sam, czy z nowo
poznanym w samolocie dziewczeciem, jak to drzewiej bywalo. Ci, ktorzy
obstawiali, ze sam, znowu sie pomylili. I tutaj naleza sie jednak slowa
uznania Damianowi na stronie (o co usilnie prosil): zyskuje zaszczytne
miano Pierwszego Goscia z Polski, w skrocie PGzP. Pragnac pokazac mu co
najlepsze w Madrycie, postanowilismy zabrac go do Aranjuez - miejsca,
do ktorego dojezdza sie Cercanias, czyli miejscowymi Przewozami
Regionalnymi za 2,50e w dwie strony. Aranjuez mialo byc hiszpanska
odpowiedzia na Wersal, ale wyszedl troche taki poczwarek. W kilku
palacach krolowie mieli spedzac czas wolny, w okolicznych parkach
polowac, na okolicznych kanalach i rzekach zeglowac. Niestety park
wyglada zupelnie oplakanie w ostatnich dniach marca, brakuje zieleni,
ludzi tez nie bylo zbyt wielu, palac wcale nie lepszy od tego w
Madrycie. Bylo nam wstyd, ze to bylo jedno z pierwszych miejsc
pokazanych gosciowi w okolicach Madrytu, nie przymierzajac to tak jakby
zabrac przyjezdzajacego do Krakowa turyste i pokazac mu piekne
Proszowice albo Slomniki. Aby zatrzec to zle wrazenie wrocilismy czym
predzej do hiszpanskiej stolicy, wsadzajac Damiana w szybki pociag
Avanti do Toledo, kazawszy uprzednio zapisac na kartce i powiesiec na
plecach adres, do ktorego miano by go dostarczyc w przypadku zgubienia
drogi. Po pol godzinie byl w stanie ocenic, ze pieniadze z Unii sa
dobrze w Hiszpanii inwestowane, w pol godziny do miasta oddalonego o
ponad 70 km to niezly wynik (dla statystykow - bilet w 2 strony 14e,
autobusem 7,60e). Niestety, nie dopisala pogoda, w ostatnie 3 dni w
Hiszpanii padalo tyle co przez ostatnie 2 miesiace, a i zimniej bylo
chyba niz w Polsce. Kolejny wiec argument na to, ze wakacji to my tutaj
nie mamy! Panicz Damian, jako szanowany pracownik wielkiej gieldowej
firmy, Comarchu, przemierzajac pociagiem Hiszpanie nakreslil nam,
mlodym adeptom sektoru IT sciezki kariery, przypadkiem wyszlo na jaw,
ze Lukasz dysponuje posadami za 0,5 mln dolarow rocznie w Ameryce
Poludniowej, zainteresowanych prosze na jego PRIVA (
lukpilch@gmail.com). W niedziele nie(warto) wybrac sie w Madrycie na
Rastro. To pchli targ, ktory obsiada wszystkie uliczki dzielnicy La
Latina, przypominajacej wygladaem krakowski Kazimierz. Ludzilem sie, ze
uda sie tam wypatrzyc mojego laptopa, ale nic takiego nie nastapilo,
choc na targu sprzedaje sie wszystko lub prawie wszystko. Radia
tranzystorowe, skarpetki za 3 euro za 5 sztuk, lody na patyku i wate
cukrowa. Krazy po tym mnostwo policji, bo jest to miejsce gdzie pelno
jest kieszonkowcow, generalnie w Hiszpanii kradnie sie wiecej niz w
Polsce, co nie wydaje sie w ogole prawdopodobne, ale liczba
Ekwadorczykow, Rumunow czy Boliwijczykow trudniacych sie tym procederem
jest na prawde olbrzymia. Na ulicach nie da sie zarobic przyslowiowego
liscia, ale na kieszenie, czy na mieszkania i samochody trzeba na
prawde uwazac. Po Rastro naturalna koleja rzeczy jest Prado - wielkie,
swiatowej slawy muzeum, do ktorego w niedziele ciagna prawdziew tlumy,
a jest co w nim ogladac - obrazy Tycjana, El Greco, Rubensa i
Rembrandta, az kipia na scianach od swojej znakomitosci, dlatego ja,
znany koneser sztuki postanowilem w jedno popoludnie zwiedzic tylko
jedno jego pietro, tym sie roznie od zwyklych zjadaczy chleba (a wsrod
nich i Damiana ;), ktorzy obeszli muzeum w 45 minut. Spieszylismy sie
bowiem na mecz Atletico z Realem Mallorca, gwoli sprawiedliwosci, ale
niestety nie udalo nam sie do konca wykonac planu darmowego wejscia na
stadion, po kilku rundkach dokola, sprawdzeniu szczelnosci bram i
innych zabezpieczen, stopnia korupcjogennosci ochrony, pozostalo nam
ogladnac mecz w klubowym muzeum, wchodzac na stadion tylko na kilka
ostatnich minut. Z kronikarskiego obowiazku, mecz zakonczyl sie
wynikiem 1:1, swoja miernoscia przytloczyl nawet spotkania naszej
rodzimej ligi. Przereklamowana ta pilka hiszpanska. Jak i zreszta cala
Hiszpania :) PS. Miala byc galeria pewna jak emerytura, ale zapomnialem
dodac, ze jak emerytura na Ukrainie, wiec dzis jej jeszcze nie bedzie.
Kilka zdjec z Salamanki - wlasciwa galeria dopiero nadchodzi (30.III.07)
Po turnieju, mialo byc jak zwykle, bylo jak zawsze (28.III.07)
W dniu dzisiejszym ekipa Baltyku Erasmus Madrid Krakow wziela udzial w
turnieju organizowanym przez nasz Uniwersytet, w ramach Semana de
Deporte, czyli Tygodnia Sportu. Od razu okazalo sie, ze Hiszpania
sportem stoi, w jeden, gora dwa dni do rozgrywek pilki noznej 5-cio
osobowej zglosilo sie 40 druzyn! Kazda liczyla prawie 10 graczy,
lepszych jak my, gorszych jak inni, ale zawsze, zebrac 400 osob w tak
krotkim czasie - szacunek. Nasza druzyna nazwana zostala tak na czesc
Baltyku Krakow, wielkiej pilkarskiej druzyny stworzonej przez nas kilka
lat temu, miala zostac filia madrycka, a stala sie marna imitacja, nie
dorastajac oryginalowi nawet do piet. Organizowawszy druzyne, za bardzo
skupilismy sie na narodowosciach. Zglosil sie Francuz, ale niestety nie
kazdy Francuz to Michel Platini, choc ten za takiego sie uwazal.
Zglosilo sie dwoch Portugalczykow, ktorzy mogliby za graczami Baltyku
reczniki nosic, ale przynajmniej byli mili i sympatyczni. Zglosil sie
Brazylijczyk, ktory sie nawet nadawal, ale wiecej spodziewalismy sie po
potomku Ronaldo. Zglosil sie jakis Hiszpan, ale oprocz dzinsow niczym
sie nie wyroznil. Do tego ja i Lukasz i o ile po pierwszym meczu, gdzie
piekna bramke na 1:1 zdobyl rzeczony Lukasz, moglismy o czyms marzyc, o
tyle dwa kolejne , przegrane 5:0 i 6:1 sprowadzily nas mocno na ziemie.
W tych okolicznosciach przyrody ostatni mecz na 6:1 i moje dwie jak
zwykle przepiekne bramki okazaly sie pyrrusowym zwyciestwem. Szukajcie
ich na Eurogoals w tym tygodniu. Napisze cos wiecej w piatek, jak
rowniez i wtedy w koncu ruszy zapowiadana nowa galeria, w koncu zbliza
sie koniec miesiaca, a galeria u Jacka jest wtedy tak pewna jak
emerytura pierwszego. Aha. W Salamance wydarzyla sie sytuacja jak
ponizej. Za maz wychodzi ladna dziewczyna. Przyjaciele postanowili jej
jakos pomoc. Zostawili ogloszenie. Jesli masz serce i lezy Ci na nim
jej dobro, zadzwon! W dokladnym tlumaczeniu: "Zeni sie, zadzwon,
ostatnia szansa.". Numer jest wyrazny, wiec do dziela!
Salamanka (26.III.07)
Po chwili nieobecnosci wracamy do komentowania i opisywania wydarzen z
Hiszpanii. Jak juz bylo mowione, w weekend mielismy udac sie do
Salamanki. I pomimo straty latopa, nic nie pokrzyzowalo naszych planow,
chwile po 10 stawilismy sie na dworcu autobusowym Conde di Casel, ktory
dedykowany jest Salamance i miedzy innymi Walencji. Aby utrwalic
wiadomosci, powtorze: Madryt ma kilka dworcow autobusowych i tylko
wczesniejsze rozeznanie pozwala Ci udac sie na wlasciwy. Przybylismy na
dworzec o 10.10, niestety nie bylo juz biletow na godzine 10.30, mimo
prosb i grozb, skladanych w kierunku kierowcy, miejscowego pana Staszka
z PKS-u. O 10.30 jechal autobus za 10,50 euro, o 11.30 i 12.30 za 16
euro, a dopiero o 13.30 kolejny za 10,50. Doszlismy do wniosku, ze 5
euro to jednak pieniadz i mozemy wyruszyc pozniej, nie zwazajac na 3
godzinna podroz (zamiast 2,5). Kupiwszy bilety nie bylo co siedziec na
dworcu, podjechalismy odwiedzic planetarium madryckie, ktore jednak z
nog nie powalalo, a srednia wieku goszczacych tam ludzi byla 7. Nie
chcielismy jej zbytnio zawyzac, wiec pokreciwszy sie troche po okolicy
juz o 13.30 wyruszylismy w podroz do Salamanki. Po drodze wyszlo szydlo
z worka, bez Unii Hiszpania by nie istniala i dalej jadla ryz z sosem
pomidorowym. Gigantyczne inwestycji typu autostrady, oczyszczalnie
sciekow, dworce kolejowe i autobusowe kontrastuja z hiszpanska wsia,
ktora niewiele rozni sie od tej greckiej, slowackiej, czy nawet
polskiej. Wsie zapuszczone, czesto wymarle, z jednym otwartym sklepem i
wypalona ziemia wookolo. Poprzecinane tylko nowoczesna siecia
komunikacyjna. Duocentralizm (Madryt i Barcelona) jest bardzo w
Hiszpanii widoczny. Notabene czy jest takie slowo jak duocentralizm???
Zjawiwszy sie w Salamance udalismy sie do naszej kwatery, ktora bylo
mieszkanie Meksykanina - jednego z siatki moich rozlicznych kontaktow.
Pokazal sie z dobrej strony, od razu wreczajac nam klucze. Ruszylismy
na zwiedzanie, na naszej drodze stanela kolejna Gosia w Hiszpanii,
ktora pokazala nam o co w Salamance chodzi. A chodzi o to, ze kreci,
krecila sie (Salamanka, nie Gosia) wokol uniwersytetu, ufundowanego ok
1220 roku, czyli prawie 150 lat wczesniej niz nasz swojski, krakowski.
Uczelnia przezywala swoj rozkwit az do czasow inkwizycji, nawet Kolumb
wpadal tutaj, aby zasiegnac informacji o Indiach, do ktorych sie
wybieral, niestety udzielono mu wtedy rad mylnych, bo jak wiemy, dotarl
Krzysztof do Ameryki. Wpadki zdarzaja sie najlepszym, wiele lat pozniej
spadly na Salamanke lapy inkwizytorow i z tego czasu wiaze sie ciekawa
historia. A mianowicie uwieziono na kilka lat jednego z profesorow,
torturowano, po prawie 5-ciu latach wrocil on na wyklad, zaczynajac go
od slow:¨" Jak mowilismy wczoraj...". Prawdziwy twardziel. Do upadku
uniwersytetu przyczynil sie Napoleon, pod koniec XIX wieku pozostawalo
w Salamance 300 studentow, teraz nakrecaja go glownie Amrykanie, ktory
tlumnie przyjezdzaja tu "uczyc sie" hiszpanskiego. Swoja droga musza
przezywac wielki szok, przyjezdzajac z Kentucky albo z Nebraski, gdzie
najstarszym budynkiem jest KFC albo McDonald. Na prawde ladna jest
Plaza Mayor - a na nim siedzace pupami na ziemi (moga sie przeciez
przeziebic!) studentki. Zeby ich mamy widzialy! Ciekawa tez jest
katedra - pochodzaca ze sredniowiecza, przygladajac sie jej fasadzie
mozna obejrzec ni mniej ni wiecej tylko rzezbe ... kosmonauty! To
pozostalosci ekipy remonotowej z lat 60 tych, ktora byla pewnie pod
wielkim wplywem Armstronga i spolki. Jest tez wilk jedzacy lody.
Ogolnie w Salamance humor dopisuje, nad glownym wejsciem do
uniwersytetu jest gdzies ukryta zaba (rzezba), kto jej nie odnajdzie,
ten nie zda egzaminow, dobrze, ze juz wszystko co mialem zdalem, a
teraz juz wiem, ze tego, czego nie zdalem, to dlatego, ze nie
wiedzialem, gdzie zaba. Aha, nie znalazlem zeby, wiec tez sie w tym
roku nie ozenie. I bardzo dobrze :) Ciekawe jest zycie nocne. Zaczelo
sie o 1, niestety ulicami przechadzalo sie wielu zalanych w trupa
pierwszoroczniakow (18 lat), bylo na szczescie tez sporo staruszkow,
ceny wyraznie nizsze niz te madryckie, zmeczeni zyciem przybylismy do
naszego mieszkania przed 5-ta, gospodarza zarejestrowalem dopiero przed
8-ma rano. Tak wyglada zycie w Hiszpanii w weekend, pierwszych
obywateli mozna zobaczyc na ulicach dopiero okolo 16-tej i 17-tej. My
wtedy zmierzalismy juz na stopa, plan byl taki, ze wracamy tak do
Madrytu. Usadowiwszy sie na wylotowce na Myslenice, po kolei
odprowadzalismy wzrokiem samochody z blachami z Madrytu. Nikt sie nie
zatrzymywal, pare dziewczat machalo, po poltorej godzinie stania mozemy
postawic teze, ze stop w Hiszpanii kuleje. Na chwile nawet schowalem
sie za filaram mostu, zeby sprawdzic, czy ktos wezmie samego Lukasza,
ale widocznie to nie ja bylem przyczyna niepowodzen, a on, bo kierowcy
jeszcze bardziej wciskali na gaz. Trzeba wiec bylo wyciagnac z kieszeni
prawie po 11 euro i w 100% zapchanymi autobusami wrocic do naszej
pipidowki, Madrytu. Salamanka jest mila i sympatyczna, jednak bardzo
jak sie to mowi zwarta i nie wiem czy my, wielkomieszczanie, bysmy sie
w niej nie podusili. Wniosek z rozmowy z Erasmusami w tym miescie jest
taki, ze niesprawiedliwym jest przyznawanie wysokosci stypendium wg
kraju do ktorego sie jedzie, koszty zycia w Salamance moga byc nawet 2
razy nizsze niz w Madrycie i Barcelonie i wlasnie takie miasta jak
Oviedo, Walencja, Salamanka czy np. Santander polecalbym tym, ktorzy
nie chca za wiele do stypendium dokladac. Wtedy Erasmus wyjdzie taniej
niz studia w Krakowie! Z powodu straty laptopa skomplikowala sie troche
sprawa wrzucania zdjec, ale obiecuje, ze do konca miesiaca gotowa
bedzie kolejna galeria, chocbym mial po scianach chodzic!
Serce sie kraje (23.III.07)
Niestety stala sie rzecz bardzo przykra, ale nikt nie mowil, ze
wszystko pojdzie jak z platka. Los sie pewnie postanowil zemscic za te
Amerykanki i odebral mi mojego laptopa, nie bylo nic drozszego na tym
wyjezdzie od niego, spedzalismy razem wiele czasu. Niestety los przyjal
postac jakiegos pieprzonego Rumuna albo innego dziada z tych krajow,
ktory ukradl laptopa kiedy spozywalem posilek w uczelnianej stolowce.
Nie wiem jak to sie stalo, ale stalo sie i teraz pisze relacje na
kartce papieru, a do tego zamykaja mi wlasnie internet. Same
nieszczescia.
W poszukiwaniu korzeni - Palacio Real (22.III.07)
Tak mi sie zawsze wydawalo, ze plynie we mnie blekitna krew. Jednak
kto? mi zapomnial zamku zapisac, od wielu lat podrózuje po ?wiecie, aby
w archiwach palaców, rezydencji, zamków odnale?c jaki? ?lad. Tym razem
padlo na Palacio Real w Madrycie, warto wspomniec jak? korzy?c dal nam
akces do Unii Europejskiej, w Hiszpanii wstep do wszystkich panstwowych
przybytków w ?rody dla obywatelii Unii jest gratis. Mówi sie, ze w
Palacio Real jest najwiecej komnat ze wszystkich palaców europejskich,
ale udostepnili tylko 25, to zenuj?ce, bo wiecej pokoi mial chociazby
dom Blake'a i Cristal Carringtonów! Obecnymi gospodarzami s? król Juan
Carlos i królowa Sofia, którzy jednak bywaj? w Palacio Real tylko od
?wieta, zamieszkuj?c na co dzien w innym palacu w okolicach Madrytu. Co
ciekawe, królowie Hiszpanii nie s? koronowani, jak np. królowa
brytyjska, a proklamowani! To oznacza, ze nie maj? korony, nie maj?
berla, nie maj? jablka, czyli insygniów wladzy królewskiej. Co z nich
wobec tego za królowie, cala ta zabawa traci dla mnie sens. Królowa
brytyjska tez niewiele moze, ale chociaz od czasu do czasu przejedzie
sie swoj? zlot? karoc? po mie?cie, a Ci nawet karocy nie maj?. Maj? za
to tron, Sala Tronowa pelna jest gobelinów, arrasów, a na suficie
namalowane jest dzielo przedstawiaj?ce rózne regiony Hiszpanii, ich
przedstawicieli skladaj?cych dary milo?ciwie panuj?cemu. W palacu
najwieksze wrazenie robi Comedor de Gala, czyli jadalnia, ze stolem na
140 osób. Co ciekawe, król i królowa zajmuj? przy nim odpowiednio 3
miejsce po prawej i 3 miejsce po lewej stronie, licz?c od jego
pocz?tku, niestety nie zrozumialem dlaczego, ambitnie wybralem
wycieczke z hiszpanskim przewodnikiem, czesto jednak w kluczowych
momentach hiszpanski okazuje sie kulec. W palacu sporo jest rekwizytów
z czasów Habsburgów, to oni przeciez nadawali ksztalt obecnemu centrum
Madrytu. Nie zdziwi obecno?c w palacu Napoleona Bonaparte, który wladal
nim w czasie lat swojej ?wietno?ci, ale gdzie go w tamtych czasach nie
bylo? W Królewskiej Zbrojowni (Armeria Real) warto przyjrzec sie
mieczowi Cyda, zainteresowanych kim byl ten czlowiek odsylam do ?ródel.
Niestety, nie zostalem wpuszczony do królewskiej biblioteki, gdzie
przechowuje sie pierwsze wydanie Don Kichota, okulary nie wystarczyly
do tego, aby uznac mnie za naukowca - nie dowiem sie czy Palacio Real
byl mi pisany. Kolejn? okazj? do tego bedzie najblizszy weekend,
wybieramy sie bowiem do Salamanki. Salamanka to miasto z jednym z
najstarszych uniwersytetów w Europie, ta sama liga co Oxford, Bolonia
czy Praga, lezy 210 km od Madrytu. W przewodniku pisz? o Amerykankach,
które ponoc masowo studiuj? tam hiszpanski, to moze byc nasza wielka
szansa na "green card"!! :) Nastepna wobec tego relacja moze sie trafic
dopiero w poniedzialek z Nowego Jorku, ale nie chcialbym sprawy
przes?dzac, prosze sprawdzac na biez?co.
Wycieczka Statkiem na Bielany pol?czona z karmieniem labedzi - czyli jak w Madrycie spedza sie niedziele (19.III.07)
Niedziele jak Pan Bóg przykazal trzeba po?wiecic na wyj?cie do ko?ciola
i rodzinie. Jako ze nie mam jeszcze swojej rodziny, a nie wypada za
takowe uznawac dziewczeta, z którymi nie jest sie zwi?zku malzenskim
;), ja wyszedlem z kuzynk?, a Lukasz, powracaj?cy z Walencji, pozostal
w swej ubogiej hacjendzie. Notabene byl on w tej Walencji na Las Fallas
- jednym z regionalnych ?wi?t hiszpanskich, puszczal smoki, sztuczne
ognie, ale on jeszcze mlody jest, wiec takie rzeczy go ciesz?. Ja wiec
z Karolin? udali?my sie do Parku Retiro, pelni?cego podobn? role jak
Park Jordana w Krakowie, troche zieleni w poblizu miasta, jest gdzie
pospacerowac, polazic z dziewczyn?, chlopakiem, wnuczkami, dziadkami, a
w nocy... posmakowac platnej milo?ci czy kupic jeszcze ciepl?
kolumbijsk? koke. W przeszlo?ci tereny Parku Retiro nalezaly do rodziny
królewskie, ale na szcze?cie lud przej?l ponad 100 lat temu go we
wladanie. Dobrze, ze przej?l, bo teraz kazdy moze pokarmic kaczki,
wypozyczyc ze swoj? lub? lodke i niczym gondolier z Wenecji poplywac po
mikroskopijnym jeziorku, czy tez urz?dzic piknik na trawie (w wersji
polskiej koniecznie z jajkiem na twardo, pomidorem i sznyclem na
zimno). Mówi sie, ze polowa Madrytu odwiedza w niedziele Retiro,
rzeczywi?cie pomimo ze park jest naprawde spory (130 ha) alejkami
przewija sie rzeka ludzi. A propos rzeki, to Madryt jest jednym z
niewielu znacz?cych miast Europy, które nie lez? nad zadn? rzek?
(Londyn ma Tamize, Paryz Sekwane, Rzym Tybr, Kolonia Ren, Budapeszt
Dunaj, Kraków Wisle, a Pcim Rabe), bo ciezko jest nazwac tak ?ciek
Manzanares. Ostatnimi czasy próbuje sie sztucznie ten ?ciek poszerzyc,
buduje sie ladne bulwary, ale dopiero bedzie wszystko gotowe za kilka
lat. W Parku Retiro swojsko poczuj? sie mieszkancy ?l?ska, wszyscy tu
zajadaj? pestki slonecznika, równiez bardzo przyjemnie bedzie w nim
grzesznikom, znajduje sie w Retiro jedyny na ?wiecie pomnik upadlego
aniola, czyli po prostu szatana. Zmieniaj?c na chwile temat, w
Hiszpanii godne szacunku jest jak traktuje sie niepelnosprawnych. W
Polsce jest ich co najmniej tyle samo, jak i nie wiecej (Czarnobyl sie
przeciez odezwal), a praktycznie bardzo niewielu widac na ulicach. W
Hiszpanii widac ich wszedzie, w metrze czasami az skóra cierpnie jak
niewidomi stoj? tuz nad torami, na szcze?cie perony s? dla nich
przystowane, brzeg jest pokryty wypuklym materialem, wiec wiedz? czy
nie s? juz niebezpiecznie blisko krawedzi. Niewidomi maj? w ogóle tu
wlasny biznes, prowadz? wielk? loterie ONCE (to nazwa ich organizacji),
na kazdym skrzyzowaniu sprzedaj? losy, ale co? u nich wygrac jest
równie prawdopodobne jak nasza szóstka w totka. ONCE do tego stopnia
stala sie wielk? firm?, ze przez wiele lat byla glównym sponsorem grupy
kolarskiej, w której je?dzil sam Miguel Indurain. A propos sportu, to
Fernando Alonso, tutejszy Kubica, zaj?l drugie miejsce w Melbourne, co
nie przeszkadzalo publice hiszpanskiej wznosic go pod niebiosa -
aktualnie to numero uno w?ród hiszpanskich sportowców, prawie jak nasz
Robert Kubica. Gaf w jezyku tutejszym ci?g dalszy, tlumacz?c Hiszpanom
skoki narciarskie (nie znaj? tu w ogóle Adama Malysza!!!) o finalowej
30tce stwierdzilem, ze skacz? "najlepsze trzydziestki" :D. Los mejores
treintas. Jeszcze duzo nauki czeka nas. :)
Zapraszam do kolejnej galerii + wstrz?saj?ce informacje dotycz?ce palenia (16.III.07)
Jako ze obiecane bylo dodawanie galerii na pocz?tku i w polowie
miesi?ca, a dzi? mamy 16-tego, a marzec jak wiadomo ma 32 dni, to pora
na kolejn? galerie. To co prezentuje mozna zobaczyc klikaj?c ponizej.
Dzi? dowiedzieli?my sie, ze dopiero od kilku lat Hiszpania przestala
byc Ziemi? Obiecan? dla Palaczy, a pozostala tylko L?dem Przyja?nie do
Nich Nastawionym. Jeszcze kilka lat temu w Hiszpanii palono w:
samolotach Iberia (narodowy przewo?nik), w wagonikach metra (reperkusj?
z tego okresu s? wielkie murowane wypelnione piaskiem popielniczki
stoj?ca przede wej?ciem do metra, tam zapominalscy kiepuj?) i co
najtragiczniejsze w salach wykladowych i cwiczeniowych na
uniwersytetach !! Wyobrazacie sobie jakim kabaretem bylo by
rozwi?zywanie rózniczek i calek stoj?c pod tablic? i podpalaj?c
Klubowego dla rozja?nienia my?lenia? W drugiej rece trzymaj?c
oczywi?cie szklaneczke Carlsberga, bo po dzi? dzien na uniwersytecie
sie pije, od piwa, poprzez wino, na whisky koncz?c. Pij? wszyscy, i
mlodzi, i starzy. Co do fajek to zmienilo sie tyle, ze nalezy
umieszczac wielkie napisy, czy w danym miejscu sie pali, czy sie nie
pali. Na kazdym przybytku w mie?cie dumnie prezy sie wielki napis: "EN
ESTE EDIFICIO SE PUEDE FUMAR!" - czyli po prostu: "TU MOZNA JARAC!".
Jako ze nie samymi wyjazdami, imprezami, dziewczynami, alkoholami i
innymi uzywkami czlowiek zyje (a nie jeden chcialby), warto w ?rodku
tygodnia opowiedziec o szarówce dnia codziennego, czyli wizytach w
Plusie, Carrefourze, Dia i innych supermercados celem zaspokojenia
podstawowych potrzeb zyciowych. Przyjrzyjmy sie wiec co ile w Hiszpanii
kosztuje:
- mieszkanie czyli pokój (oczywi?cie ciezko kupic je w Tesco) -
zaleznie od przyzwoito?ci wla?ciciela i wielkiego szcze?cia od 280 euro
mozna znale?c co? akceptowalnego dla takich rozpieszczonych Krakusów
jak my, nastawili?my sie na kwote 300 euro i znale?li?my to czego
szukali?my. Generalnie ciezko co? tanszego niz za 300e wynaj?c, a je?li
jest, to schodzi natychmiast, zanim wykrecisz numer. Od 350e w góre juz
mieszka sie bardzo przyjemnie - alternatyw? wynajmu s? kartony na Plaza
del Sol, balkon u Lukasza lub podloga u mnie, co poniektórych nawet
przyjme do lózka :)
- karta na metro - obejmuje granice Madrytu - 40,80e + jednorazowo
wyrabia sie karte ze zdjeciem za 1,20e; alternatyw? jest skakanie przez
bramki, ale to grozi nawet ?mierci?, czego do?wiadczyl prawie 2 lata
temu pewien Brazylijczyk w Londynie. Mozna ew. podrózowac na butach,
nie notuje sie w tym mie?cie na ulicach rowerzystów;
- bagietka - 0,35-0,70e, rozmiar ?redni, zaleznie od miejsca zakupu i
pory dnia;
- chleb tostowy - 1-2e - nie wiem od czego zalezy, ten pierwszy jest
bardzo bardzo niedobry, a ten drugi tylko bardzo niedobry;
- jogurty w Plusie - 0,19e - solidna niemiecka robota, niech sie schowa
Danone;
- pizza mrozona - od 1,30 do 1,70e - bardzo przyzwoita, moze nie jak z
pizzeri w Neapolu, ale juz nie jeden raz ratowala od ?mierci glodowej;
- jajeczka - 12 sztuk za 0,90e - oryginalne, z atestem UE,
podstemplowane, nie stawiaj? oporów, tylko daj? sie ?ci?c na jajecznice;
- obiad na uczelni - 4,20 euro, ew. 5e z napitkiem - niewarte nawet
jednego euro, ale czasem równiez ratuj? zycie. Dwudaniowe. Jedyne czego
nie potrafi? tu spieprzyc to spaghetti. Warto zatrudnic sie na uczelni,
dla kadry jest inna stolówka, a w niej cuda na kiju. Na innych
wydzialach podobna cena, a poziom jedzenia jeszcze podlejszy;
- bilet do Barcelony (autobusowy), tam i z powrotem 45e;
- bilet do Barcelony (samolotowy), tam i z powrotem 40e jak sie nie
uprzesz, a jak sie uprzesz to i 20e;
- szklanka piwa na mie?cie - 0,2 L - 1,20e,a do niej z reguly oliwki;
- wstep do "modnego" klubu - 12e - w cenie 2 drinki;
- wstep do mniej "modnego" klubu - 10e - w cenie 2 drinki;
- wstep do najmniej modnego klubu, ale dofinansowanego przez
organizacje studenck? (!) - bezplatny, a w nim drink za 3,5e;
- zestaw w McDonaldzie - 4,5e - w strefie dobrych cen hamburgery za 1e
i male frytki równiez za 1e;
- kebab - przypomni Ci Kraków - cena 3e juz nie;
- fryzjer od 7e, szemrany w którym jedn? brzytw? ogolill przed Tob?
koze nawet od 4,5e;
- muzea - co najmniej raz w tygodniu bezplatne, je?li koniecznie chcesz
placic to na karte studenck? kosztuj? Cie po 3e;
- maslo - 1e, ale zawsze mozesz je?c suchy chleb, który byl
przeznaczony dla konia;
- pyszne mrozonki, a w nich warzywa i kurczak, które smaze w 7 minut -
1,40e - nie wiem tylko, czemu podczas smazenia kurcz? mi sie 2 razy, to
pewnie ta woda, co w nich siedziala, idzie do nieba;
- benzyna E95 - 0,95e;
- taksówki - okolo 1e/km + 0,80e za trza?niecie drzwiami - lapane tylko
na ulicy;
- bilet na 10 przejazdów miejscowym MPK - 6.40e;
- bilet na 1 przejazd - 1e;
- spaghetti w przyzwoitej knajpeczce - 8e;
- "menu el dia" w mniej przyzwoitej - 9e;
- wino w kartonie z Plusa albo i z Dia - 0,40e;
- wino w butelce - od 1e;
- Cola w puszce (tylko oryginalna, stanowcze nie dla Polo Cocty i
marnych na?ladowców) - 0,45e;
- Cola w 2L butelce - 1,20e;
- bilet na mecz Realu - od 35e, ale nieosi?galny w kasach - dla Polaków
gratis;
- bilet do zoo - 15e - dla Polaka gratis;
- POP pod postaci? Vodafona - 24e, a w niej 30e na rozmowy;
- SMS do przyjaciela w Vodafonie, do przyjaciela w Movistar, do
przyjaciela w Orange (wszyscy musz? miec hiszpanskie karty) - 0,15e;
- drozdzówki - 1e! - dlatego rzadko sie kupuje croissanty, faworki,
eklerki i p?czki, czlowiek bedzie mial zeby zdrowsze;
- papierosy - chyba 2,20 e, pewnie za tanie, zeby dobrze mial sie tu
przemyt z Polski;
- zupa Won Ton u mojego chinczyka na dole - 2,50e;
- corrida na Ventas - najwiekszym takim przybytku w Madrycie - od 2 do
60e;
- m?k? - 0,29e :)
- 11-dniowy wyjazd z miejscowym biurem podrózy do Peru - 2000e;
A wszystko to nalezy kupic za 275 euro stypendium :)
Kleopatra w Madrycie (12.III.07)
Od pi?tku do niedzieli zamieszkal w moim apartamencie, jak o mym
mieszkaniu wypowiada sie on sam, Szymon z Peru.
Szybko zyskal sympatie moich Peruwianczyków, którzy z rado?ci? sluchali
opowie?ci o swoim kraju i o tym, jak dzielnie radzil sobie z
blagaj?cymi o lito?c ?winkami morskimi na talerzu. Nie byl jedynym
go?ciem w ten weekend, liczba domowników zwiekszyla sie do 7 osób.
Peruwianka sprowadzila sobie swego Francuza, który podrózuje do niej z
Barcelony podobno co drugi weekend, Peruwianczykowi jaka? dziewuszka
przyniosla zakupy i zostala na dluzej, tylko Niemka jak zwykle bardzo
nietowarzyska i nie udalo nam sie podwoic liczby mieszkanców
apartamentu. Ale ona z kolei godzinami wpatruje sie w zdjecie jej
"novio", które postawila na swoim biurku, Hans jest wiec z nami co
najmniej duchem. Bylo nas wiec prawie sztuk osiem, ale w ogóle sie tego
nie odczuwalo, bo mieszkanie liczy dobrze ponad 100 m2. O przygodach
Szymona z Peru mozna poczytac gdzie indziej, u nas w Madrycie dostal
mape, dlugopisem zaznaczyli?my mu najwieksze atrakcje i ruszyl w trase.
Niestety, zdalem sobie sprawe, ze Madryt nie jest jakim? wybitnym
miastem, bardzo szybko skonczyly mi sie miejsca, które powinien
zobaczyc, trzeba sobie jasno powiedziec, ze w Europie jest o wiele
wiecej ciekawszych miast - Krakowowi, Rzymowi, Barcelonie, Londynowi,
Paryzowi, Amsterdamowi, Wenecji i oczywi?cie Pcimowi i Klajowi (tutaj
uklony dla Macka Nowaka :D) Madryt w liczbie punktów MUST VISIT,
najbardziej rozpoznawalnych i atrakcyjnych nie dorównuje. Miasto ma
swój specyficzny, elegancki, charakterystyczny dla wielkich
zachodnioeuropejskich stolic klimat, widac tez, ze sie promuje na
pomost pomiedzy Ameryk? Lacinsk?, a Europ? i nie my?le tu wcale o
wielkim mo?cie nad Atlantykiem, ale na pewien poziom nigdy nie wejdzie.
Tak ze raczej nie predko bedzie sie mówic - "zobaczyc Madryt i umrzec".
Raczej "zaliczyc Madryt i jechac dalej". Jako wybitni specjali?ci od
Madrytu znamy jednak w tym mie?cie kilka atrakcji. Jedn? z nich
pokazali?my naszemu go?ciowi - w poblizu Plaza de Espana znajduje sie
Templo de Debod - egipska ?wi?tynia z IV w. p.n.e., podarowana
Hiszpanii w dowód wdzieczno?ci za robote, któr? odwalili hiszpanscy
inzynierowie podczas budowy tamy asuanskiej. Mily gest, ciekawe czy nam
Anglicy podaruj? kawalek Big Bena w dowód wdzieczno?ci za porz?dne
zmywanie talerzy. ?wi?tynia zostala przwieziona z miejsca, które
zostalo zalane i na miejscu w Madrycie starannie zrekonstruowana. Z jej
okolic roztacza sie przemily widok na Palac Królewski - o nim tez
kiedy? napisze. Napisze tez o historiach z tzw. "revista de corazon"
(dosl. magazyny od serca, czyli np. Zycie na gor?co), w?ród których
bryluje niejaki Darek, nasz rodak, który spotyka sie z mocno
podstarzal? gwiazdk? nie do konca wiadomo czego (Frytk? za 40 lat?),
staj?c sie najpopularniejszym Polakiem w Hiszpanii. Wymienia sie go
niestety w jednym rzedzie z Papiezem, Dudkiem, Chopinem i
Sklodowsk?-Curie, choc Ci ostatni wystepuj? czesto jako Francuzi. Jak
tylko zdobede ich zdjecia, niezwlocznie sie nimi podziele. W ogóle
Hiszpanie to straszni plotkarze, glówn? pozywk? dla prasy byl ostatnio
tylko brzuch Ronaldinho, teraz na czynniki pierwsze rozbierze sie
pewnie Messiego, Argentynczyka, który uratowal w niedziele Barcelone w
fantastycznym meczu z Realem (3:3). Meczu, który ogl?dali?my w
towarzystwie madryckim, zlekniony Lukasz jak Judasz wyparl sie Barcy i
tylko ja jako jedyny w Madrycie kibicowalem temu klubowi. A mamy w tym
jeszcze swój prywatny interes - im gorzej bedzie szlo Realowi, tym
latwiej bedzie zdobyc jak?? wej?ciówke na Santiago Bernabeu od
sfrustrowanego kibica Realu.
Prasa
rozpisuje sie o dwóch podróznikach, w Madrycie na dalszy plan zeszly
nawet porazki Realu i Barcelony w Lidze Mistrzów (9.III.07)
Pomimo
odpadniecia w 1/8 Champions League Barcelony i Realu Madryt, dwóch
najwiekszych i najbogatszych klubów Hiszpanii, Hiszpanie maj? swoich
nowych bohaterów :) Mozna o nich przeczytac w najnowszym numerze El
Dzienniko Polaco, do którego mozna sie dostac klikaj?c ponizsze logo.
Co do odpadniecia klubów: nie bylo specjalnie widac wielkiego
przygnebienia, z jednej strony mieszkancy Madrytu ciesz? sie z kazdej
porazki Barcy, a z drugiej nie wiem czy s? jeszcze jacy? kibice Realu,
którzy identyfikowaliby sie w pelni z klubem, z którego zrobiono przez
ostatnie lata co? a la obwo?ny cyrk. Z róznych powodów nastepna relacja
ukaze sie dopiero po weekendzie, bardzo prosze o organizowanie sobie do
tego czasu rozrywek we wlasnym zakresie. :)
Zagin?l toster (7.III.07)
To co tragiczne w Hiszpanii, to chleb. Witamy drogiego nam go?cia w
Polsce "chlebem i sol?", spróbujmy przywitac go tostowym chlebem
hiszpanskim, a wiecej juz do nas nie zajrzy. Mówimy, ze kto? przezyl "o
chlebie i wodzie" - o chlebie hiszpanskim nie sposób przezyc. Twierdzi
sie tutaj, ze podobnie jak w tym z Czarnobyla zawarta jest w nim cala
tablica Mendelejewa. I kosztuje to co? od euro w góre, wielu alternatyw
specjalnie nie ma. S? do kupienia bagietki, ale schodz? z pólek
nadspodziewanie szybko, a i tez nie jest z nim do konca wszystko w
porz?dku, w momencie zakupu chrupi?ce i smaczne, po 3 godzinach
zamieniaj? sie w gume. Jedynym sposobem na nadanie tym tostom jako
takiego smaku jest toster. Obecny w kazdym domu, zagin?l niestety w
moim. Okazalo sie, ze Peruwianka, na co dzien mila i sympatyczna,
pomocna dziewczyna, postanowila go schowac i uzywac tylko w sypialni.
Kazdy ma od czasu do czasu zle dni, ale ta wredna baba zespula mi
kompletnie ?niadania i kolacje, korzystali?my zgodnie do tego czasu ze
swoich gadzetów, ja jej cukier, ona mi m?ke, a tu taki numer z jej
strony. Zycze jej z calego serca, aby kazdy tost wychodzil jej spalony
jak Stevie Wonder, rzucam kl?twe na t? pani?! I chyba zaczne piec
wlasny chleb...
Jako ze nie samym chlebem czlowiek zyje, wybrali?my sie w sobote do
Centro de Arte Reina Sofia (w soboty od 14.30 i w niedziele
bezplatnie). Jako znani koneserzy sztuki wysokiej przechadzali?my sie
po budynku bed?cym madryck? odpowiedzi? na Centrum Pompidou w Paryzu
(przeszklone, zewnetrzne windy, kino, sale konfere